niedziela, 26 lipca 2015

Kaukaz. Gruzja. Batumi.

Lądowanie w Batumi. Terminal taki malutki jak stary dworzec PKS w Katowicach.
Wilgotność milion procent. Szary wieczór. Chmury wiszą tak nisko, że można do nich doskoczyć.
Rzucamy walizki w hotelu. Z balkonu oglądamy okolicę, w której wszystko się buduje. Hotele i bloki po 10, 20 pięter. Morze blisko. Wychodzimy.
Po kilku krokach jestem zaniepokojona. Na wysokości 20 pięter wszystko się buduje. Na wysokości oczu wszystko się rozpada. Robi się ciemno, nikogo nie ma, na zmianę tylko kumkanie żab i szczekanie psów. Kumkanie głośniejsze niż szczekanie. To jakiej wielkości są te żaby…? Kurz, gruz, pusto. To do tamtego zakrętu. I do jeszcze kolejnego.
Przebiegamy jakąś czteropasmówkę. Dopiero później okazało się, że to Aleja Marii i Lecha Kaczyńskich.
Nad morzem wybuch zieleni. Każda palma podświetlona. Czysto, elegancko. Mimo że już późny wieczór, dzieci jest więcej niż dorosłych. Co chwilę mija mnie w powietrzu chrabąszcz wielkości bombowca. Chyba jestem zmęczona, bo patrzę w to morze, ale nie ma w tym nawet grama luzu. Dopada mnie panika wszystkich tych znajomych, którzy panikowali przed naszym wyjazdem.
A to dopiero Gruzja. Wielki, kolorowy nadmorski kurort. Puknij się w głowę – przechodzi mi przez myśl. Po drodze kupujemy dwa wielkie lavasze – okrągłe chleby z dziurami pośrodku i długo z balkonu gapimy się na Batumi, na tę naszą bramę do kaukaskiego świata, na miasto, gdzie między wieżowcami wypasa się krowy, przejścia dla pierwszych mają zupełnie symboliczny charakter. I gdzie przyszło nam wrócić jeszcze na sam koniec wypadu, by się z Kaukazem pożegnać. Rany, ile się wydarzyło przez te dwa tygodnie…!









Brak komentarzy: