poniedziałek, 27 lipca 2015

Kaukaz. Gruzja. Gori.

Najbardziej znany Gruzin? Łatwe. Stalin. Mimo wszystko – Stalin. Jedziemy do Gori.
Po drodze nieprzyzwoita zieloność. Po horyzont pola i pastwiska. Krowy mają gdzie spacerować i co jeść. Przy drodze ciąg dalszy walki budowy z rozpadem. Stragany z ceramiką, miodem, hamakami. Stacje benzynowe, czyli budka na kurzej stópce i pełnoletni dystrybutor. Przez okno ogląda się to jak film. Tylko nie z napisami. Patrzę na te ich napisy i przysięgam, że nie rozumiem nic. Nie widzę żadnego związku z napisem i jego znaczeniem.







Muzeum Stalina dość duże, efektowne, patetycznie wzniesione w samym centrum miasta. Otoczone parkiem, w którym stoi domek - miejsce urodzenia Iosifa Dżugaszwili. Przed wejściem pomnik. Myślałam, że będzie większy. W środku przestronne sale pełne zdjęć, dokumentów i pamiątek. Młodość, rodzina, kariera. Jak poradnik, co zrobić, by być Panem Świata. Osobno pośmiertna maska. Pilnują nas tak, jakbyśmy ją chcieli co najmniej przymierzać.
Na samym dole, w piwniczce pod schodami, maleńka ekspozycja dotycząca stalinowskich zbrodni. To, gdzie ją umieścili i jak wygląda, świadczy o ich podejściu do sprawy: był wielkim Gruzinem, nie ma wątpliwości, a o efektach nie będziemy dyskutować.
Przy wyjściu sklepik z pamiątkami. Koszulki ze Stalinem, piersiówki, popielniczki, zapalniczki, notesiki, znaczki, proporczyki, kubeczki. Nie mogę się nadziwić. Wychodzę i łapczywie chwytam powietrze w płuca. Jeszcze wagon, którym jeździł. W środku dziwnie gęsto.








Gori to też potworna historia wojny osetyjskiej w 2008 roku. Na początku sierpnia rosyjskie naloty zniszczyły dużą część miasta. Rozpaczliwa sytuacja humanitarna. Znikome zainteresowanie i opieszałość innych krajów. Ewakuacja 60 tysięcy mieszkańców. Wielu z nich do teraz się nie otrząsnęło: nie mając gdzie wracać, spadli niżej niż mogli się spodziewać. Któryś rok z kolei nie opuszczają osiedli dla uchodźców.
Teraz Gori strzeże kilku rycerzy-bohaterów tamtych dni. Wszyscy uszkodzeni, pokiereszowani jak to miasto. Przy wyjeździe na trasę jak na dłoni widzę zielone wzgórza Osetii.


W pamięci jak bumerang wraca ówczesny gest prezydentów Ukrainy, Estonii, Litwy, Łotwy i Polski. Wrócił jeszcze silniej w Muzeum Narodowym w Tbilisi na wystawie o okupacji sowieckiej. Dotyczy lat 1921-1991, a jednak kończy się współczesną mapą z zaznaczonymi na czerwono Osetią Południową i Abchazją. I krótkim komentarzem, że okupacja trwa.

Podczas naszego pobytu Rosja przesunęła granice o kolejne 1,5 km wgłąb Gruzji. Kraj Kartweli znów się skurczył. To zupełnie nieprawdopodobne, że poza Gruzją nikt o tym nie mówi.

Brak komentarzy: