środa, 29 lipca 2015

Kaukaz. Gruzja. Tbilisi.

Tbilisi? Zapach metra. Metal, smar i guma. Rumor pędzących ruchomych schodów i pęd powietrza. Uwielbiam. Wdycham i uwielbiam.
Deszcz, deszcz. Słabo z motywacją. Ale workowe peleryny i hajda. Po kilku godzinach czujemy już rytm miasta i w głowie mamy jego rozkład. Urocze Stare Miasto. Kolejka na wzgórze, z którego wszystko widać. I druga, na szczyt góry, na której kręci się gigantyczny diabelski młyn. Małe knajpki. Koty. Mosty. Pomniki. Graffiti. Stragany z kiczem. Talerze z parującymi chinkali. Degustacja cza-czy. Tylko uważajcie, bo siecze po 30 minutach!
Dobrze było tam być, dobrze było mieć czas. Wstrząsająca zupełnie wystawa o okupacji sowieckiej w Muzeum Narodowym. Wzruszająca i piorunująca, a przecież bez zachodnich muzealnych fajerwerków, multimediów i dodatków.
Z planów nie udało się nam tylko dojechać do ZOO, choć już staliśmy na przystanku i czekaliśmy na busa. Minął miesiąc od powodzi. Chciałam zobaczyć znów na swoim miejscu tego wielkiego hipopotama, który totalnie zagubiony łaził po ulicach Tbilisi. Chciałam się przekonać, że dadzą radę i się ogarną, choć to dla stolicy nadal trauma i tragedia. A przecież nie wylała główna rzeka, tylko jakiś boczny kanał, który niestety płynie przez park, w którym jest ZOO. Ostatecznie odradzono tam tę wizytę. Że jednak total disaster. Żeby nie jechać. Hipopotam musi na nas poczekać.


Katedra Sioni

 Wieża Zegarowa
 ściany





 w synagodze

 Plac Wolności i Święty Jerzy
 Aleja Rusztawelego


 starówka


 Most Pokoju (zwany Podpaską Always)

 Matka Gruzja


ARTYKUŁ O POWODZI W ZOO

Brak komentarzy: