środa, 19 sierpnia 2015

ping-pong love

Specyfika mojego specyficznego zakładu pracy sprawiła, że z domu rodzinnego wywiozłam do pracy stół do ping-ponga. Kiedyś graliśmy na nim rodzinno-przyjacielskie turnieje, a gdy zabrakło dla niego miejsca, mnie brakło ping-ponga.
Stół stoi na najwyższym piętrze w dużej sali z cudownym widokiem z okien. Za nami fala szalonych, nieludzkich upałów. I w te największe upały Brzydal i ja jeździliśmy tam wieczorami, żeby godzinę popykać w tych czterdziestu stopniach, upocić się jak świnie, zmęczyć się i później cudownie spać.
Teraz z powodu dzikiego nawału pracy gramy mniej, ale i tak wygraliśmy dotąd prawie 20 godzin. Sama radość i odreagowanie. Gram tylko z facetami i robią mnie jak chcą, ale czasem nie bez kłopotów... Każdy punkt cieszy mnie jak set. A set jak mecz. Mecze mi się raczej nie zdarzają...
Praca pracą, ale do treningów, i to intensywnych, trzeba wrócić, bo szykuje się pewien zacny turniej, na którym nie mogę się aż-tak-bardzo skompromitować.
I przede mną jeszcze kilka takich wydarzeń, na których też nie mogę się aż-tak-bardzo skompromitować...  Ukojenia nerwów szukamy z Brzydalem w naszej nowej ulubionej miejscówce, która nazywa się Palma Chill Out. Kto ma blisko na Górkę Środulską, niechaj idzie posiedzieć na leżaku, wypić desperadosa i zjeść fenomenalne fryty.
No i koncert Doktora Misia w Chorzowie się zbliża. Który to już? Siódmy? Nareszcie. Niech się dzieje.

sobota, 15 sierpnia 2015

Kaukaz. Na koniec.

Co zostało mi po wyjeździe na Kaukaz?
- blizna po spotkaniu nogi z wielkim kamieniem na wzgórzu w Tbilisi
- guz na głowie po przywaleniu w sufit jednego z tuneli hardkorowej trasy skalnego miasta Wardzia
- idiotycznie opalone stopy - jak zwykle od moich ulubionych sandałów, bez których w ogóle wolałabym zostać w domu
- para białych wełnianych rękawiczek od babci z cmentarzyska chaczkarów
- 800 zdjęć (i 1000 Brzydalowych)
- wiza do Azerbejdżanu, już niestety nieaktualna
- Baku w głowie i Baku pod powiekami
- zmęczenie, które trudno odespać
- wrażenia, które trudno zagłuszyć
- chcica, żeby wyjechać znów...


czwartek, 13 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Batumi. Starcie drugie.

Pierwszą noc w Batumi wspominam upiornie. Im jestem starsza, tym częściej dopada mnie niepokój nowego miejsca, ciemności, nieznanych uliczek gdzieś na peryferiach, wałęsających się psów. Ale teraz byliśmy po dwutygodniowym szaleństwie w trzech krajach, w których odnaleźliśmy zabawę, spokój, relaks, imprezy, zakupy, rozmowy, duchy, przeszłość i przyszłość. Magia.
I teraz znów nagle to Batumi...
Szczerze? Gdybym miała spędzić tam tydzień, to bym umarła. Miasto jest architektoniczną mieszaniną, nad którą najwyraźniej nikt nie panował, ani architekt miejski, ani konserwator zabytków. Co kawałek inny mix szkła, betonu, plastiku i świateł. O ile Baku w całym swym eklektyzmie było dostojne i eleganckie, o tyle Batumi to dziwaczna hybryda rumuńskiej nadmorskiej Mamai z Ustką sprzed 15 lat. Upodobanie do ruchomych, podświetlonych setką świateł pomników widzieliśmy już też w Skopje, ale tam się to jakoś broniło, bo klimatu stolicy strzegły naprawdę monumentalne budowle muzeów czy urzędów. Batumi się nie broni. Całe jest jak turecka zabawka wyprodukowana na europejski rynek.
Nie broni się też plaża, na której kamieniach odpoczynek nie byłby wielką przyjemnością. Mimo to wiem, że Polacy lądują tam na dwa tygodnie i nie widzą potrzeby ruszania się poza miasto. A później mówią o tym, jaka ta Gruzja cudoooowna...
Wieczorem sympatyczne są typowo wakacyjne kolorowe, rozwrzeszczane tłumy ludzi, naprawdę duże fontanny i kilkunastokilometrowy, szeroki, nadmorski deptak, zadbany, zielony i przyjazny. Reszta wygląda jeszcze bardziej hardkorowo niż na zdjęciach.

Trudno Batumi porównać w uczciwy sposób do innych miast. Przychodzi mi na myśl, że najlepiej czuję się w miastach, które bierze się na poważnie. Batumi nie da się brać na poważnie.

Z daleka jeszcze jakoś...

 Z bliska robi się dramat.
 Kolorowy dramat.
 Kolorowy ruchomy dramat.
 Ruchomy pomnik całujących się Ali i Nino...
 Cztery cuda świata na jednym zdjęciu
 Teatr - jeden normalny w całym tym dziwactwie
 Z góry jest nieźle
 Tak, to jest wbudowany w wieżowiec diabelski młyn
 Transylwania?
 Niestety, młyn jeszcze się nie kręci...
Budowa trwa!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Borjomi.

W ZSRR wszyscy pili wodę Borjomi. I tylko Borjomi się liczyła. Najbogatsi w samym Borjomi stawiali sobie dworki i przechadzali się po parku zdrojowym, pijąc bezcenną wodę, która zapewniała im długie życie w pełnym zdrowiu.
Gdy Gruzja weszła na wojenną ścieżkę z Rosją, wujek Putin zakazał sprowadzania z Gruzji wody Borjomi. Rosjanie tak się zbuntowali, że woda znów jest na półkach rosyjskich sklepów. Polskich jabłek nadal nie ma...
Samo Borjomi jest małe i urocze, klimatem przypomina nasz Nałęczów. Wpadamy tam wczesnym rankiem i spacerujemy tak daleko, jak pozwoli nam czas. Nie byłam w stanie wypić wody prosto ze źródełka: przyzwyczajona do wody wyfiltrowanej absolutnie ze wszystkiego, w parku poplułam się ciepłą, lekko gazowaną i podejrzanie pachnącą wodą.
Jedyne, co poczułam po tym jednym łyku, to wilczy głód.
Wprawdzie mijaliśmy po drodze pachnące piekarnie, ale niestety w całym Borjomi nie znaleźliśmy nikogo, kto by nam wymienił pieniądze z dolarów na lari. Mieliśmy już tylko jakieś gruzińskie grosze, a Brzydal przekonywał mnie, że nam nawet na bułki nie wystarczy. Umrę z głodu w Borjomi, wspaniale. Już miałam w planie robić oczy kota ze Shreka i zapłacić czymkolwiek, byleby dostać tę cudowną, miękką kulkę-drożdżówkę, którą widziałam na jednym ze straganów. Ostatecznie po wytrząśnięciu wszystkiego z kieszeni i plecaków było nas stać na te dwie bułki i nie wiem, czy to nie było najsmaczniejsze, co jadłam na Kaukazie. Aaaach...





Polska strona o wodzie Borjomi

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Akhaltsikhe.


Nie spodziewałam się takiego widoku w Gruzji. Kompletnie zaskoczenie i zauroczenie. Żałuję, że było późno i nie mogliśmy przejść przez całe stare miasto. Bram strzegł absolutnie nieprzekupny strażnik. Prezydent Saakaszwili niemal w 100% zlikwidował w Gruzji korupcję. Ci, co brali w łapę, byli często tak napiętnowani, że jedyne, co mogli zrobić, to opuścić kraj. Przypomniałam sobie o tym, gdy nie udało się nam dojść tam, gdzie tak strasznie chcieliśmy...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Khertvisi.

Twierdza Khetvisi, jedna z najstarszych w Gruzji, przysiadła na wzgórzach już w II wieku. To, co z niej zostało i co można oglądać po wdrapaniu się na szczyt, to już kształt XIV-wieczny. Wyrasta znikąd i zachwyca. Ciągnie mnie na górę, chociaż mało czego nie lubię tak bardzo jak wspinania się gdziekolwiek w upale! Ale dobra, idziemy. Bokiem, po wielkich kamieniach, w zawrotnym tempie wspina się psiak w typie kudłatego jamnika. Na nim z kolei wspinanie się nie robi żadnego wrażenia. Budę ma w jednej z baszt. W zamian za zdjęcia daje się przekupić wafelkami.







Czytałam gdzieś, że zamczysko, które zobaczyliśmy zupełnie przypadkiem, jest kandydatem do wejścia na listę UNESCO, ale nie umiem tego raz jeszcze znaleźć i potwierdzić. Może mi się przyśniło jak martwa padłam na pysk ze zmęczenia?

sobota, 8 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Skalne miasta.

Skalne miasta odwiedziliśmy dwa: Upliscyche korzystając z bliskości Gori i Wardzia, w drodze do Batumi.
Upliscyche to V wiek przed naszą erą i miks kultury chrześcijańskiej i pogańskiej, w co jeszcze pchały się tradycje architektury irańskiej. To, co zostało, budzi podziw i respekt, chociaż z dawnej potęgi nie zostało wiele. Po zarysach i po efektach prac archeologów trzeba się domyślać, co mogło się tam dziać i jak mogło to wyglądać.





Wardzia wygląda inaczej, jest zdecydowanie lepiej zachowana i większa. Ale to miasto XII-wieczne. Rozmach mieli niebywały! Trzy tysiące komnat na kilkunastu kondygnacjach. I wszystko, co potrzeba do życia. System nawadniania. Zakon. Apteka...



W przeuroczej, klimatycznej Cerkwi Wniebowstąpienia NMP, w której czas zatrzymał się w XII wieku, siedział młody, przystojny mnich w typie hipstera. Pilnował porządku. Żadnych zdjęć! Żadnego filmowania! Nawet centymetra gołej skóry na wierzchu! On sam był w dresie. W najprawdziwszym dresie z paskami. Ale tak był dokładny, że i mnie, i Brzydala pospiesznie ubrał w niebieskie, wiązane z boku fartuchy. Zdjęć niestety nie mam...
Wardzia w rankingu skalnych miast wypada lepiej, ale skoro Upliscyche to rzut beretem z Gori, to żal nie jechać. Na szczęście Rosjanie nie wpadli na to, by bombardując Gori, dowalić też Upliscyche... Tak dla zasady.

piątek, 7 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. Rzeź Ormian.

Wizyta w Erewaniu nie miałaby kompletnie sensu, gdyby nie ta godzina spędzona na jednym ze wzgórz, gdzie upamiętniono ofiary rzezi Ormian (genocide).
Armenia jest w trakcie wielkiej rocznicy - obchodzą setną rocznicę rzezi, podczas której z życiem pożegnało się nawet dwa i pół miliona Ormian (nadal brak pełnych danych. Teraz jest ich niecałe 3 miliony). Na tę okoliczność stworzono bardzo mocną kampanię informacyjną i promocyjną - w całym kraju widać billboardy, a w samym Erewaniu zastosowano chyba wszystkie miejskie formy promocyjne. W kwietniowych obchodach uczestniczył cały kraj i wielu międzynarodowych oficjeli. Pamiętam, że w polskich mediach też były o tym wzmianki.
Mimo to, tylko 25 państw oficjalnie uznaje genocide za wydarzenie, które faktycznie miało miejsce. Innych nadal trzeba przekonywać.
Pomnik Ofiar Ludobójstwa to dwanaście chaczkarów i płonący wewnątrz nich wieczny ogień. Pęknięta na dwie części wieża to symbol rozbitego państwa i tego, co zostało Ormianom odebrane, a co mają nadzieję odzyskać.
Wokół, na zielonych terenach, gdzie wielcy tego świata upamiętniają ofiary sadząc drzewa, rozbrzmiewa potwornie smutna, przejmująca muzyka. To najbardziej przygnębiające miejsce, w jakim byłam od lat. Chociaż przygnębienie to za małe słowo. To taki smutek, który sprawia, że wszystko zaczyna boleć, szumi w głowie, wali między oczy. 25 krajów. Żałosne i śmieszne.
Nieprzekonani powinni wejść do muzeum, które w tym roku otwarto w nowym budynku, a właściwie pod ziemią. Powinni zobaczyć, co przechodzą sami Ormianie, wchodząc tam i od razu wybuchając płaczem. Ekspozycja jest przerażająca i pozostawia piorunujące wrażenie na bardzo długo, nie wiem czy nie na zawsze.
Trudno to później znieczulić. Obrazki i tak wracają. Zdjęcia, filmy, animacje, słowa. I ten Hitler z '39 roku...

Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej rasy i języka, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową. Kto w naszych czasach jeszcze mówi o eksterminacji Ormian?









czwartek, 6 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. Erywań.

Erewań za dnia ruchliwy, wieczorem już tłoczny, kolorowy, podświetlony, z mnóstwem pomników i ze sztuką współczesną. Kaskada wieczorem mieniąca się na każdy możliwy kolor, a nad tym wszystkim milczący, potężny Ararat (i w żyłach też Ararat...). Śmiesznie tanie taksówki. Trudno znaleźć miejsce w knajpie. Armeńskie wino takie cudowne...

Matka Armenia

 Kaskada




 Opera
 Plac Republiki
 Fabryka koniaku Ararat

środa, 5 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. W trasie.

Ararat. Szczęście, że było go widać. Rzuciliśmy się do robienia zdjęć jak szaleńcy. A później w Erewaniu było go widać kolejne trzy dni... Zupełnie magiczny.

 krowy są wszędzie
 archeolodzy i ich maszyna wyciągowa