wtorek, 4 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. Cmentarzysko chaczkarów.

Na ogromnym cmentarzysku chaczkarów pasą się owce.
Gdy wchodzimy na teren cmentarza, nagle znikąd, zza kamieni i grobowców, wychodzą na światło dzienne stuletnie babulinki, które w sekundzie rozwijają kolorowe chusty, prezentują ekstremalnie grube wełniane czapki i szaliki, zagadują, namawiają i machają skarpetami. Jestem oszołomiona.
Z daleka widzę, jak dwustuletnia babcia pokazuje komuś przepiękne, kremowe rękawiczki. Czemu akurat ta jedna do nas nie doszła? Trochę żal, bo rękawiczki aż biją po oczach, tak jasna jest ta wełenka.
Zapuszczamy się głębiej w cmentarz. Trawa wyżej niż do kolan. Upiornie pusto, tylko te świerszcze.

 Trochę o życiu tego, kto tu leży
Babinki czekają na nas przy wyjściu. Na maleńkim straganie zadziwiająco dużo fajnych rzeczy, włącznie z koszulką "Jestem Ormianinem" ("do Azerbejdżanu sobie załóż! hehe..."). Kupuję kumplowi płytę Aznavoura (mimo że to pirat w połamanym pudełku, to na okładce świeci się hologram. Brzydal: "tutaj nawet jogurt ma hologram!"). Nagle widzę tę dwustuletnią babinkę. Moje rękawiczki! Nadal je ma! Jakim cudem? Zakładam i już nie mam ochoty ich ściągać. Wełenka pewnie z tych owieczek, co to tam śmigają między tymi chaczkarami... Rany... Wczesny ranek, jeszcze chłodno, a tu tyle atrakcji...
Swoją drogą, niezłe muszą być te górskie armeńskie zimy, skoro babule produkują czapki jak na mrozy w Magadanie.
Czapki były tak duże, że pod spód możnaby schować całą owcę, żeby dodatkowo grzała.

Brak komentarzy: