niedziela, 2 sierpnia 2015

Kaukaz. Azerbejdżan. Nocny pociąg.

Nie umiem odgonić skojarzenia z pewnym głupim filmem, który kiedyś kupiliśmy mojemu bratu na DVD: "Nocny pociąg z mięsem. Ostatnia stacja rzeźnia". Drugie skojarzenie to piosenka Myslovitz "Nocnym pociągiem aż do końca świata". Może to stąd, że wcześniej nigdy nie jechaliśmy nigdzie nocnym pociągiem. Ten nasz pierwszy zaczynał swoją trasę na ostatniej możliwej azerskiej stacji kolejowej, czyli w sercu Baku, a zawieść nas miał znów na granicę z Gruzją. Na bezpośredni przejazd do Armenii nie ma szans, ani pociągiem, ani niczym innym.
Na dworcu musieliśmy być godzinę przed odjazdem. Bilety większe od lotniczych, imienne (uwielbiam te kraje, które używają litery "ż", by zapisać moje imię). Dopiero pół godziny przed odjazdem zjawia się Wagonowa.
Wagonowa. Nasz Dobry i Zły Duch w jednym. Na dworcu uśmiechnięta, odprasowana i uczesana. Jakimś cudem w drzwiach mieszczą się nasze bety, w środku na honorowym miejscu samowar.
Przedział czwarty. I czteroosobowy. Stajemy w nim we czwórkę i umieramy ze śmiechu. Nie dość, że walizki nadal na korytarzu, to żadne z nas nie może się nawet obrócić. Ważne, że na ławach leżą fantazyjnie pozawijane kołdry i koce w takiej liczbie, jakbyśmy jechali całą kolonią przez Syberię.
Pierwsza próba upchnięcia walizek - niezaliczona. Nasze nie mieszczą się do schowków. Ostatecznie udaje nam się jakoś poukładać te bagażowe puzzle, a klimat wokół nie sprzyja - w przedziale, w którym nie da się nawet uchylić okna, jest ze 40 stopni i wilgotność milion procent.
Gdy wreszcie pociąg rusza (punktualnie, jak miło), zaczyna szumieć klima, która staje się naszą najlepszą przyjaciółką na kolejne kilkaset kilometrów. No dobra, przyjaźniliśmy się też z wódką. I z cza-czą. Nasze towarzyszki podróży jak zwykle dobrze się zaopatrzyły, kwitł też handel wymienny i integracja międzyprzedziałowa. Bo nie da się ukryć, że mimo ambitnych planów pójścia lulu przed północą i przespania kilku godzin, by mieć siłę na czekającą już na nas Armenię, wstąpił w nas zew wycieczki szkolnej i szaleliśmy właściwie dużo dłużej niż planowaliśmy.
Było wspaniale. Międzynarodowe i śródreligijne podziały zniknęły, zostało kilka języków, w których można się było dogadać, ważne tematy mieszały się ze śpiewaniem szant i ambitnymi planami, co kto jeszcze będzie tej jednej nocy wyprawiał. Niespodziewane przetasowania w przedziałach odbywały się pod czujnym i jednocześnie pełnym politowania okiem tajniaków z ostatniego przedziału, którzy w ogóle nie chcieli się integrować i pewnie jeszcze myśleli, że ich nie widać. A o czwartej nad ranem za naszymi drzwiami przechadzał się najprawdziwszy umundurowany policjant, mimo że od dawna nie było żadnej stacji, na której byśmy się zatrzymywali. Hmm. Wagonowa straciła cierpliwość dużo wcześniej. W delikatnym tłumaczeniu mówiła coś o tym, że inni pasażerowie się skarżą, że "drzemy mordy", a nagle CIACH! wyłączyła nam prąd. Hm. Potrzebowaliśmy sześciu sekund, by zorientować się, że lampki nocne mają inne zasilanie i mają się świetnie...
Ostatecznie, gdy wszyscy popadali, a ja wygramoliłam się na moją górną pryczę, uznałam, że nigdy tu nie zasnę, bo zapomnę, gdzie jestem, i spadnę na dół (jeśli 30 cm niskiego metalowego zabezpieczenia miałoby mnie zatrzymać, to gratuluję fantazji). W związku z tym do rana gapiłam się przez okno, gdzie tylko gdzieniegdzie światło ukazywało mi kawałek skarpy i gdzie raz na którejś stacji ktoś z wielką latarką zaglądał nam do przedziału (poza czterema zwłokami i workiem na śmieci nie mógł zobaczyć nic).
Kryzys przyszedł na granicy. Wszyscy jak zombie, a tu nagle pełno mundurowych. Wagonowa subtelnie waląc kijem w drzwi oznajmiła, że mamy się zbierać i oddać pościel. Chodziliśmy później za nią żebrząc o kubek herbaty, który nie wiedzieć czemu miał nas uchronić przez armeńską apokalipsą, w którą niehybnie wszyscy zmierzaliśmy. Nie zapomnę smaku tej herbaty i tego zioła, które w niej było. Może dzięki niemu kolejny dzień był dla nas łaskawy i trzymaliśmy się lepiej, niż można się było spodziewać.
Ale warto było, warto było przeżyć tę imprezę i trochę podpaść wagonowej, warto było bawić się tam gdzieś na końcu świata, bez świadomości, gdzie się w ogóle jest i ile czasu już minęło. Wyrwani z tych pytań gdzie i kiedy przeszliśmy cudowne wakacyjne wariactwo i reset mózgu, którego nijak nie da się doznać w domu, choćby nie wiem jak się balowało.


 widzicie napis CZA CZA? Domową czaczę kupuje się w plastiku, ale trzeba ją jak najszybciej przelać do szkła.


Brak komentarzy: