poniedziałek, 7 września 2015

Doktor Misio w Chorzowie

Za nami kolejny cudowny, energetyczny, do granic możliwości rockowy i niegrzeczny koncert Doktora Misia. Tym razem budą, którą trzeba było rozwalić w drzazgi, była chorzowska Szuflada. Urocza niewielka scena i parkiet, który musiał znieść pogo, darcie pysków, przepychanki i niepohamowane ataki euforii.
Chłopcy odświeżyli setlistę, trochę ją postarzając. W porównaniu z trasą sprzed pół roku, teraz jest więcej kawałków z pierwszej płyty. Wróciła cudna "Krew na księżycu", wrócił "Mail od umarłego", była też "Śmierć w Tesco". Zabrakło mi tylko "Parady nieżywych", którą uwielbiam, ale która i tak blednie przy moim absolutnie ulubionym "Powstańcu", który na szczęście się pojawił.
Tak śpiewałam, tak się darłam, że w połowie koncertu myślałam, że kompletnie zedrę gardło i stracę głos. Skakałam, tańczyłam i pogowałam, szalałam, szumiałam i bawiłam się najlepiej na świecie. Ostatni raz tak dobrze czułam się w tym słynnym już nocnym pociągu jadącym przez cały wielki Azerbejdżan. To ten sam reset w głowie, ta sama czystka w myślowych śmieciach i wyłącznie dobre emocje. Czułe witanie się z liderem i to, że zadedykował mi "Młodych", tylko te odczucia potęguje. Bo muszą być emocje, konkretne, w dużej ilości. Bez tego w.ogóle.nic.nie.ma.sensu.




środa, 2 września 2015

jak już pić, to szampana...

...najlepiej z samego rana.

Ale powód był ważny, poważny i godny. Rocznicowy.
2 września 2013 roku wywaliłam własne życie do góry dnem, wskoczyłam w jakiś energetyczny tajfun, milion razy umarłam z emocji i zaczęłam nową pracę.
Minęły dwa lata tego szaleństwa. Nadal jestem święcie przekonana, że nikt na świecie nie ma takiej pracy jak ja. Że mam tak absolutnie unikatowe warunki i otoczenie, że żadne inne miejsce pracy nie jest w stanie nawet się do mojego zbliżyć.
Niby szybko minęło, ale z drugiej strony ten czas był do granic wypchany uczeniem się nowych rzeczy. Jestem więc trochę starsza, może trochę mądrzejsza, trochę więcej umiem, mniej się boję, rzadziej mam kryzysy związane z tym, do czego się nadaję, a do czego nie. No i nadal jestem wdzięczna za zaufanie, które czuję nie 8 godzin dziennie, a 24 godziny na dobę.
Wypiliśmy dziś tego szampana za kolejne... 30 lat razem. Hmmm...