poniedziałek, 7 września 2015

Doktor Misio w Chorzowie

Za nami kolejny cudowny, energetyczny, do granic możliwości rockowy i niegrzeczny koncert Doktora Misia. Tym razem budą, którą trzeba było rozwalić w drzazgi, była chorzowska Szuflada. Urocza niewielka scena i parkiet, który musiał znieść pogo, darcie pysków, przepychanki i niepohamowane ataki euforii.
Chłopcy odświeżyli setlistę, trochę ją postarzając. W porównaniu z trasą sprzed pół roku, teraz jest więcej kawałków z pierwszej płyty. Wróciła cudna "Krew na księżycu", wrócił "Mail od umarłego", była też "Śmierć w Tesco". Zabrakło mi tylko "Parady nieżywych", którą uwielbiam, ale która i tak blednie przy moim absolutnie ulubionym "Powstańcu", który na szczęście się pojawił.
Tak śpiewałam, tak się darłam, że w połowie koncertu myślałam, że kompletnie zedrę gardło i stracę głos. Skakałam, tańczyłam i pogowałam, szalałam, szumiałam i bawiłam się najlepiej na świecie. Ostatni raz tak dobrze czułam się w tym słynnym już nocnym pociągu jadącym przez cały wielki Azerbejdżan. To ten sam reset w głowie, ta sama czystka w myślowych śmieciach i wyłącznie dobre emocje. Czułe witanie się z liderem i to, że zadedykował mi "Młodych", tylko te odczucia potęguje. Bo muszą być emocje, konkretne, w dużej ilości. Bez tego w.ogóle.nic.nie.ma.sensu.




Brak komentarzy: