sobota, 17 października 2015

dziura w życiorysie

Za rok znów będę się zastanawiać, skąd kilkutygodniowa dziura w życiorysie. Co z tobą, nic się nie działo? Odwrotnie, działo się i dzieje. Na wiele dni dopadł mnie znajomy stan nie-chcę-z-nikim-gadać, a co rano na brzegu łóżka trwa nierówna walka ducha z materią. Próbowałam nawet porównywać, czy gorsze są poranki, kiedy powinien świecić nade mną neon „nie mów do mnie z rana”, czy wieczory, kiedy wracam do domu w strzępach, zamarzam i nie mam absolutnie nic do powiedzenia. Ostatnie dni trochę lepiej: w niedalekiej przeszłości dwie duże weekendowe imprezy w pracy, które się udały, a to zawsze dobrze robi na głowę.

Faktycznie cieszą mnie radości wielkiego kalibru. Drobiazgi nie istnieją, jakby mi ktoś założył filtr.

Za 84 dni jedziemy na lodowiec, przez kilka dni szaleć na śniegu. Umowa podpisana, kasa jakimś cudem wpłacona (cudem zleceń). Przez dwa lata nie udało się nam jechać, a teraz jakoś niespodziewanie ten rok nam to umożliwił. To super, bo akurat tam będziemy świętować nasze 15 lat nieprzerwanego wspólnego życia. Niewiele jest na świecie miejsc, gdzie czuję się lepiej niż tam, na tych trzech tysiącach metrów, w absolutnie nieprzyjaznych, surowych warunkach, gdzie liczymy się tylko ja i Brzydal, nasze deski, nasze umiejętności i to, że na tym końcu świata jesteśmy razem i oboje jaramy się tak samo. Na końcu świata w pionie, nie w poziomie. Nasz koniec świata w poziomie to przecież Baku.

W ramach dalszego nierozsądnego wydawania pieniędzy, zdecydowaliśmy się też zmienić samochody. U Brzydala przypomina to planowaną miesiącami operację wojskową, do której jest przygotowany jak żołnierz jednostki specjalnej: wie wszystko, wszystko widział, wszystko sprawdził, wszystko przetrenował. I tym mi imponuje, bo od razu czuję się bezpieczniejsza. Ja już raz zrobiłam taki numer, że kupiłam samochód tak, jak kupuje się bułki: wyszłam z domu i kupiłam cudowny samochód, nawet nie jadąc na jazdę próbną, bo moje prawo jazdy dopiero się drukowało. Okazał się strzałem w środek tarczy i nie zawiódł mnie przez ostatnie pięć lat. Teraz wybierając nawet nie wyszłam z domu. To trochę tak, jakbym przez Internet kupowała błyszczyki. Chociaż ok, trochę zaangażowania w tym było. Zrobiliśmy jazdę próbną w Katowicach, a później w Warszawie. I właśnie tam czeka na mnie cudak, którego odbieramy za 17 dni. Cały nierozsądek sytuacji polega na tym, że planowałam zmienić samochód w połowie przyszłego roku, a nie teraz, i że miałam na niego wziąć kredyt, a nie wytrząsywać oszczędności ze wszystkich skarpet i liczyć, czy mi wystarczy. Chociaż mój przyjaciel, z którego zdaniem zazwyczaj się liczę, przez kilka dni ładował mi do głowy, że trzeba ulegać swoim kaprysom, nawet jak są TAKIE. No to uległam. Trochę w tym wszystkim strachu, trochę podekscytowania, trochę takiej szczeniackiej wolności. Czekam na moment aż poczuję, że tak właśnie miało być.

A wczoraj byłam z dwiema cudownymi koleżankami na „Komecie”. Bo jak to bywało lata temu, jak jest „Kometa”, to ja na „Komecie”. Nie wiem, który to już raz. Chyba –naście. Za każdym razem obiecywałam sobie, że ostatni. Ciągle działa. Znów przeryczałam pół spektaklu i wychodziłam z teatru rozmazana jak miś panda. Tydzień temu byliśmy z Brzydalem na Hłasce, jutro Różewicz. To wszystko też dobrze robi na głowę.



Brak komentarzy: