sobota, 31 października 2015

wygramy na pewno kochanie

23 października nagle i niespodziewanie sprzedałam mój kochany mały zielony samochód. Podobno kierowca cieszy się z auta dwa razy: przy kupnie i przy sprzedaży. Stało się to tak szybko, że nawet nie zdążyłam się porządnie wzruszyć. Dinożarł odjechał.
Od tygodnia wożę się dużym, silnym, sportowym samochodem mojego Taty, choć prosiłam, by na te kilka dni dojazdów do pracy rodzice pożyczyli mi rozklekotane doblo. Nie zgodzili się. Uznali, że doblo to jednak wstydzior i jak ja w tym będę wyglądać i oddali mi 180-konne bydlę, demona, który wbija mnie w fotel i sprawia, że na Roździeńskiego czuję się jak na wielkim torze dla gokartów. Wiem, szczeniackie to i niepoważne, ale kusi jak pieron.
Poza tym od ponad tygodnia coś mnie delikatnie i nieśmiało rozkładało, ale oczywiście to zaszumiałam, zakrzyczałam i zignorowałam. Efekt był taki, że w środę w południe wróciłam do domu z pracy na czworakach. Padłam do łóżka i leżałam tak do piątku rano, kiedy to uznałam, że nastąpiło cudowne ozdrowienie, więc ogarnęłam się i poszłam do pracy. W domu znów mnie trzepnęło po głowie i padłam, w związku z tym dzisiejszy dzień, sobotę, znów spędziłam w łóżku kaszląc, smarkając, charcząc i wzdychając. Szybkie wyjście do Plejady przypominało efekt znany z teledysków i komedii romantycznych: bohater stoi nieruchomo pośrodku jakiegoś sklepu, a dookoła w przyspieszeniu zasuwają tłumy ludzi. To ja. Stałam między stoiskami i przysięgam, że nie wiedziałam gdzie jestem, gdzie iść, po co mi w ogóle ta marchewka i czy mogę się teleportować do łóżka.
I teraz siedzę owinięta w koce, pijąc osiemnastą dziś herbatę i rozważam, czy jutrzejsze wyjście na grobbing coś zmieni w moim samopoczuciu. Wolałabym nie dać się tak zupełnie zmieść, bo. 1. w poniedziałek chcę iść normalnie do pracy (to też chyba jest jakaś choroba) i chcę się zobaczyć z szefem, 2. też w poniedziałek jestem służbowo umówiona na kawę z pewnym księdzem, co jest dla mnie tak niecodziennym doświadczeniem, że z ciekawości nie chcę tego odwoływać, 3. na wtorek rano mamy z Brzydalem kupione bilety na pociąg do Warszawy, skąd planujemy wrócić moim nowym rydwanem, co spędza mi sen z powiek i sprawia, że się jaram jak Rzym za Nerona.
Mimo moich spadków formy, nasze życie trzyma się w jednym kawałku, bo czuwa nad wszystkim Brzydal. Przygotował moje auto do sprzedaży, liczył forsę, kiedy ja byłam w szoku, znalazł mi nowe auto, zamówił mi felgi i opony zimowe, załatwił ubezpieczenie, kupił mi gigantyczny pendrajw na moc muzyki i pamiętał o charakterystycznej naklejce z Kotem Simona na wlew paliwa. Poza tym z powodu zmiany czasu cierpi na bezsenność i np. o 5 rano wyciera kurz w salonie, żeby nie umrzeć z nudów. No i nie ma dnia, żeby nie rozśmieszył mnie do łez. No i chodzimy do teatru. I jeszcze do snu słuchamy muzyki. Od 188 tygodni w tym mieszkaniu. Dzisiaj wygramy powstanie i jutro też.

Brak komentarzy: