czwartek, 5 listopada 2015

miasto śpi ulic styk jedna z klisz świata strych

4 listopada rano wsiedliśmy z Brzydalem do pociągu, a wieczorem przyjechaliśmy moim cudownym, nowym, pięknym, nieprzyzwoicie szybkim autem. Autkiem właściwie. Jest tak maleńki, że rozczula mnie jak na niego patrzę. Rano wydaje mi się, że merda ogonem na mój widok, gdy przychodzę po niego do garażu. W środku cały świeci i błyszczy i pachnie nowością. Jest cudowny. Gra muzyką jak dziki, cicho mruczy silnikiem, drażni kierowców dużo większych i dużo poważniejszych samochodów. Bo czerwony zawsze jest szybszy.
Oczywiście ci, którzy mają większe auta (czyli hmm... wszyscy?), ostro się ze mnie nabijają. Brzydal udawał nawet, że szuka w googlach "gdzie jest bagażnik?", kumpel z pracy twierdzi, że to nie bagażnik, tylko schowek na rękawiczki albo na kopertówkę, a mój własny szef przy dzisiejszym oglądaniu auta i bagażnika wpadł w tak dobry nastrój, że na środku chodnika zgięty wpół zaśmiewał się na głos i nie był w stanie nic powiedzieć (przyznaję, dawno już nie słyszałam, by się aż tak z czegoś śmiał...). Chociaż nie, chyba mówił coś, że to nie-moż-li-we czy coś takiego...
Brzydal też zmienił samochód. W związku z tym mamy różne dziwne wizje, np. że w styczniu pojedziemy jednak moim autem na lodowiec. Mój snowboard ma jeszcze jakąś szansę wejść do tyłu, ale Brzydal swoje narty będzie musiał trzymać na zewnątrz (tzn. jechać jako pasażer, mieć otwarte okno, za oknem trzymać prawą rękę i w tejże trzymać narty wzdłuż samochodu).
Hmmm...