poniedziałek, 28 grudnia 2015

4 km

Dziś przebiegłam moje pierwsze 4 kilometry. Nie myślałam, że dam radę w tym roku.
W Święta i po Świętach bardzo zakochana. Mnóstwo czasu razem. Mnóstwo mnóstwo mnóstwo.
I nadal bez zmian Ben Howard.
z.

PS
Brzydal: Co ty tak męczysz tę piosenkę i męczysz? Chociaż nie, to ten facet się męczy! ;)

środa, 23 grudnia 2015

hello love, my invincible friend, hello love, the thistle and the burr



That's how summer passed:
The great dividing range, the green, green, grass
And oh maybe I hold on fast
To you
Then, hello love
My invincible friend
Hello love
The thistle and the burr
Hello love
For you I have so many words
But I, I forget where we were
I forget where we were

wtorek, 22 grudnia 2015

drive darling, drive

Jednoznacznie dobry dzień w pracy. Jednoznacznie i nareszcie. Dużo dobrych emocji i dobrych słów.
A do domu wracałam w naprawdę miłym towarzystwie...


poniedziałek, 21 grudnia 2015

make sure your behind the white lines

Boję się siebie sprzed tygodnia. Tej lepkiej czerni w głowie i tej absolutnej pewności, że nic nie mogę zrobić.
Nie zmuszaj się - od dawna mawia mi moja Mama, kiedy widzi, że czegoś nie chcę.
Ale czasem trzeba. Do biegania, żeby jakoś odreagować. Do rozmowy, żeby coś się zmieniło, żeby nie szaleć kolejnego dnia i kolejnej nocy i kolejnego dnia i kolejnej nocy. Bo mnie czasem trzeba przycisnąć, przywalić łapą jak niedźwiedź i nie puszczać aż uznam, że jakoś się podniosę.
Z wdzięcznością myślę o tym, że i tym razem się udało.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

3 km

Bezsenna noc spowodowała, że przemyślałam to wszystko. Jak na jakimś durnym filmie. I lepiej, i gorzej. Chociaż chyba jednak gorzej. Nie mam z kim pogadać.
Dziś pierwszy raz przebiegłam 3 kilometry. Przez całą drogę strasznie psioczyłam w głowie i kurwowałam. Efekt uboczny nocnych przemyśleń i straszna walka.
Dziś też pierwszy raz wyłączam na noc pocztę w telefonie. Efekt nocnych przemyśleń. Straszna walka.
Okazuje się, że to wszystko jest w głowie, i to bieganie, i te wszystkie potyczki, z których wychodzę coraz bardziej poturbowana.
z.

czwartek, 10 grudnia 2015

I was your sorry-ever-after

Świetnie wyszły te ostatnie wagary. Pierwszego wolnego dnia odkrywałam na przykład, jak cudownie jest w środku tygodnia wcześnie rano jeść ciastko z Brzydalem w przytulnej kawiarni. Wiele godzin kręciłam się z przyjaciółką po sklepach (w stylu: weszłyśmy na chwilę, a jak wyszłyśmy, to już było ciemno). Zjadłyśmy niezdrowy obiad i obgadywałyśmy facetów. Było cudownie. Po tych kilku godzinach czułam się jak na wakacjach. Drugi dzień spędziłam u kumpeli pod Bielskiem, gdzie z kolei słuchałam, jak to jest mieć męża, dzieci i firmę. To też pouczające i oczyszczające.
Kryzys przyszedł w nocy z piątku na sobotę, jak dotarły do mnie niepokoje związane z tym, co działo się w robocie, gdy mnie tam nie było. I właściwie dwa dni luzu poszły się bujać, bo dwa kolejne dni spędziłam w takim zaczajonym stresie. To tak jakby się ciągle siedziało w cieniu. Dziwnie. Może tak już będzie i walka z tym to już tylko strata energii? A energii teraz potrzebuję jak mało czego.

Ostatniego dnia przed tym wolnym, kiedy własne myśli zjadały mi mózg i spływały po policzkach, usłyszałam, że powinnam iść pobiegać.
Ilekroć w ostatnich latach mijał nas biegacz, kolektywnie z Brzydalem zawodziliśmy: Boże, kto by mi się kazał tak męczyć? I wybuchaliśmy śmiechem.
Mam buty, na których jest napis: Running Sucks.
Jest tyle innych sportów! Są rolki, jest longboard, snowboard, ping pong, seks.
Nie wytrzymam. Ja pierdolę, nie wytrzymam. I poszłam biegać. Z bezsilności.
Oczywiście po trzystu metrach mało nie umarłam.
Ale po dwóch dniach przeleciałam już dwa kilometry. Po kolejnych dwóch dniach - kolejne dwa kilometry. Po kolejnych - 2,77 km. Nie rozumiem, jak to działa, ale układa pod deklem. I dobrze się później śpi.
Oczywiście jest to wszystko strasznie zabawne. Zaczynać przygodę z bieganiem w grudniu, gdy na dworze jest ledwo, ledwo powyżej zera. Śmieszne też jest na przykład to, że kupiłam chyba pierwsze w życiu dresowe spodnie. I że muszę pod nie zakładać termiczne geterki, które Brzydal - nie bez przyczyny - nazywa pieszczotliwie Strojem Panczenisty. Mimo że jest to wszystko dość fachowe, to i tak wyglądam jak lunatyk, który się urwał z domu w piżamie i zwiedza okolicę. Dalej... Brzydal zdecydowanie odmówił biegania ("kto by mi się kazał tak męczyć?"), ale też nie przyjmuje do wiadomości, że mogłabym po ciemku wyjść gdziekolwiek samopas. Pożyczył więc od Teścia kijki i zasuwa za mną, wydając przy tym dźwięki jak Edward Nożycoręki. Ja po bieganiu natomiast tak świszczę płucami, jakby mi się pod skórą wylągł Obcy, który sobie niezależnie ode mnie oddycha. Cyrk.
Chytry plan zakłada bieganie co drugi dzień, bo podobno tak jest najmądrzej. Trzymajcie kciuki, żebyśmy wytrwali do tego wyczekanego, wymarzonego wyjazdu na lodowiec...

W tym wszystkim w uszach non stop klasyczne, cudowne i fenomenalne "74-75" The Connells. Piosenka, która wraca do mnie jak fala co kilka, kilkanaście miesięcy i zmiata wszystko inne, każdą inną nutę. Słyszę to w uszach jak się budzę, jak się kąpię, jak jadę do pracy słyszę ją w aucie, później w pracy, jak zostaję sama, później znów w aucie, dzwoni mi w uszach gdy biegam. I znowu, i znowu, i znowu, i znowu, znowu, znów i znów. Kołysze, koi i uspokaja. Pamiętam, że gdy kilkanaście lat temu rodzice kupili mnie i mojemu bratu pierwszy komputer z nagrywarką, to namiętnie nagrywałam składanki z ukochanymi piosenkami i że ta jako jedyna była na każdej z tych składanek. Dopiero teraz próbuję ją przesłuchać na nowo, jak baba po trzydziestce, a nie jak ledwie nastolatka. I was your sorry-ever-after...


środa, 2 grudnia 2015

yesterday was hard on all of us

Dopiekł mi poprzedni tydzień. Ludzie mnie zawodzili i drażnili. W piątek miałam ochotę to wszystko wywrzeszczeć jeszcze w pracy, ale nie bardzo było komu. Nie można gnębić tych, którzy też chodzą zachmurzeni swoimi sprawami. Wywrzeszczałam się więc w domu Brzydalowi, który słuchał uważnie i tylko dolewał mi wódki o smaku kukułki. Ugłaskał mnie i uspokoił. Weekend nie przyniósł jednak wielkiego przełomu w nastroju: poza głaskaniem mogłoby się nic innego nie dziać, ale się działo: praca (plener, kilka godzin, dwa stopnie na plusie, nawet termiczne geterki nie pomagały), zakupy ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba wybierać jakieś rzeczyyyyy...."), rodzinna impreza ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba coś mówiććććć..."). Miałam mały atak paniki, w którym wysuszona, pomalowana, ubrana, słowem: gotowa do wyjścia nagle z powrotem wlazłam pod kołdrę i poczułam, że nie wstanę. Koniec.
W poniedziałek rano wiedziałam, że muszę się urwać, pomyśleć o czymś innym, czymś innym się zająć. Wypisałam urlop na czwartek i piątek. Mój ostatni urlop dłuższy niż jeden dzień był w lipcu. Kadrowa goni mnie jak z widłami, bo w całej naszej instytucji, zatrudniającej 140 osób, mam najwięcej dni niewykorzystanego urlopu. Zaczął się grudzień, a ja mam 21 wolnych dni. Za miesiąc będę mieć kolejne 26. Gdybym wzięła to cięgiem od teraz, wróciłabym do pracy pod koniec lutego. Hmmm.
Od trzech dni myślałam o tych głupich dwóch dniach jak o jakimś zbawieniu. Jak dzisiaj pakowałam rzeczy, to czułam się jakbym szła na wagary, albo jakbym przed czymś uciekała, jakbym robiła coś absolutnie nieprzyzwoitego i nie na miejscu. Gdy próbowałam wyjść ze służbowym komputerem, zostałam spacyfikowana przez koleżankę z pokoju, która zabroniła mi pracować, dzwonić, ściągać maile, interesować się, przyjeżdżać, pisać i odbierać służbowy telefon. Wpadam w lekką panikę na myśl, że mam tego wszystkiego nie robić.
Teraz wydaje mi się, że potrzebuję tej przerwy. Że zresetuję głowę i że jakoś to będzie.
Gorzej jak okaże się, że się myliłam. Że to nie to.