czwartek, 10 grudnia 2015

I was your sorry-ever-after

Świetnie wyszły te ostatnie wagary. Pierwszego wolnego dnia odkrywałam na przykład, jak cudownie jest w środku tygodnia wcześnie rano jeść ciastko z Brzydalem w przytulnej kawiarni. Wiele godzin kręciłam się z przyjaciółką po sklepach (w stylu: weszłyśmy na chwilę, a jak wyszłyśmy, to już było ciemno). Zjadłyśmy niezdrowy obiad i obgadywałyśmy facetów. Było cudownie. Po tych kilku godzinach czułam się jak na wakacjach. Drugi dzień spędziłam u kumpeli pod Bielskiem, gdzie z kolei słuchałam, jak to jest mieć męża, dzieci i firmę. To też pouczające i oczyszczające.
Kryzys przyszedł w nocy z piątku na sobotę, jak dotarły do mnie niepokoje związane z tym, co działo się w robocie, gdy mnie tam nie było. I właściwie dwa dni luzu poszły się bujać, bo dwa kolejne dni spędziłam w takim zaczajonym stresie. To tak jakby się ciągle siedziało w cieniu. Dziwnie. Może tak już będzie i walka z tym to już tylko strata energii? A energii teraz potrzebuję jak mało czego.

Ostatniego dnia przed tym wolnym, kiedy własne myśli zjadały mi mózg i spływały po policzkach, usłyszałam, że powinnam iść pobiegać.
Ilekroć w ostatnich latach mijał nas biegacz, kolektywnie z Brzydalem zawodziliśmy: Boże, kto by mi się kazał tak męczyć? I wybuchaliśmy śmiechem.
Mam buty, na których jest napis: Running Sucks.
Jest tyle innych sportów! Są rolki, jest longboard, snowboard, ping pong, seks.
Nie wytrzymam. Ja pierdolę, nie wytrzymam. I poszłam biegać. Z bezsilności.
Oczywiście po trzystu metrach mało nie umarłam.
Ale po dwóch dniach przeleciałam już dwa kilometry. Po kolejnych dwóch dniach - kolejne dwa kilometry. Po kolejnych - 2,77 km. Nie rozumiem, jak to działa, ale układa pod deklem. I dobrze się później śpi.
Oczywiście jest to wszystko strasznie zabawne. Zaczynać przygodę z bieganiem w grudniu, gdy na dworze jest ledwo, ledwo powyżej zera. Śmieszne też jest na przykład to, że kupiłam chyba pierwsze w życiu dresowe spodnie. I że muszę pod nie zakładać termiczne geterki, które Brzydal - nie bez przyczyny - nazywa pieszczotliwie Strojem Panczenisty. Mimo że jest to wszystko dość fachowe, to i tak wyglądam jak lunatyk, który się urwał z domu w piżamie i zwiedza okolicę. Dalej... Brzydal zdecydowanie odmówił biegania ("kto by mi się kazał tak męczyć?"), ale też nie przyjmuje do wiadomości, że mogłabym po ciemku wyjść gdziekolwiek samopas. Pożyczył więc od Teścia kijki i zasuwa za mną, wydając przy tym dźwięki jak Edward Nożycoręki. Ja po bieganiu natomiast tak świszczę płucami, jakby mi się pod skórą wylągł Obcy, który sobie niezależnie ode mnie oddycha. Cyrk.
Chytry plan zakłada bieganie co drugi dzień, bo podobno tak jest najmądrzej. Trzymajcie kciuki, żebyśmy wytrwali do tego wyczekanego, wymarzonego wyjazdu na lodowiec...

W tym wszystkim w uszach non stop klasyczne, cudowne i fenomenalne "74-75" The Connells. Piosenka, która wraca do mnie jak fala co kilka, kilkanaście miesięcy i zmiata wszystko inne, każdą inną nutę. Słyszę to w uszach jak się budzę, jak się kąpię, jak jadę do pracy słyszę ją w aucie, później w pracy, jak zostaję sama, później znów w aucie, dzwoni mi w uszach gdy biegam. I znowu, i znowu, i znowu, i znowu, znowu, znów i znów. Kołysze, koi i uspokaja. Pamiętam, że gdy kilkanaście lat temu rodzice kupili mnie i mojemu bratu pierwszy komputer z nagrywarką, to namiętnie nagrywałam składanki z ukochanymi piosenkami i że ta jako jedyna była na każdej z tych składanek. Dopiero teraz próbuję ją przesłuchać na nowo, jak baba po trzydziestce, a nie jak ledwie nastolatka. I was your sorry-ever-after...


Brak komentarzy: