środa, 2 grudnia 2015

yesterday was hard on all of us

Dopiekł mi poprzedni tydzień. Ludzie mnie zawodzili i drażnili. W piątek miałam ochotę to wszystko wywrzeszczeć jeszcze w pracy, ale nie bardzo było komu. Nie można gnębić tych, którzy też chodzą zachmurzeni swoimi sprawami. Wywrzeszczałam się więc w domu Brzydalowi, który słuchał uważnie i tylko dolewał mi wódki o smaku kukułki. Ugłaskał mnie i uspokoił. Weekend nie przyniósł jednak wielkiego przełomu w nastroju: poza głaskaniem mogłoby się nic innego nie dziać, ale się działo: praca (plener, kilka godzin, dwa stopnie na plusie, nawet termiczne geterki nie pomagały), zakupy ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba wybierać jakieś rzeczyyyyy...."), rodzinna impreza ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba coś mówiććććć..."). Miałam mały atak paniki, w którym wysuszona, pomalowana, ubrana, słowem: gotowa do wyjścia nagle z powrotem wlazłam pod kołdrę i poczułam, że nie wstanę. Koniec.
W poniedziałek rano wiedziałam, że muszę się urwać, pomyśleć o czymś innym, czymś innym się zająć. Wypisałam urlop na czwartek i piątek. Mój ostatni urlop dłuższy niż jeden dzień był w lipcu. Kadrowa goni mnie jak z widłami, bo w całej naszej instytucji, zatrudniającej 140 osób, mam najwięcej dni niewykorzystanego urlopu. Zaczął się grudzień, a ja mam 21 wolnych dni. Za miesiąc będę mieć kolejne 26. Gdybym wzięła to cięgiem od teraz, wróciłabym do pracy pod koniec lutego. Hmmm.
Od trzech dni myślałam o tych głupich dwóch dniach jak o jakimś zbawieniu. Jak dzisiaj pakowałam rzeczy, to czułam się jakbym szła na wagary, albo jakbym przed czymś uciekała, jakbym robiła coś absolutnie nieprzyzwoitego i nie na miejscu. Gdy próbowałam wyjść ze służbowym komputerem, zostałam spacyfikowana przez koleżankę z pokoju, która zabroniła mi pracować, dzwonić, ściągać maile, interesować się, przyjeżdżać, pisać i odbierać służbowy telefon. Wpadam w lekką panikę na myśl, że mam tego wszystkiego nie robić.
Teraz wydaje mi się, że potrzebuję tej przerwy. Że zresetuję głowę i że jakoś to będzie.
Gorzej jak okaże się, że się myliłam. Że to nie to.

Brak komentarzy: