sobota, 17 grudnia 2016

Babcia Nela

Nie potrafię nic napisać, ale chcę, żeby tu była.

niedziela, 11 grudnia 2016

Nowa Osada. Coockie Monster Attack.

Zeszłotygodniowy Stożek zaostrzył nasze apetyty na śnieg. Mimo 8 stopni na plusie za oknem, zapakowaliśmy się do samochodu i przed 10 zameldowaliśmy się na Nowej Osadzie. Na początku było spokojnie i nobliwie, ale im dłużej byliśmy w ruchu, tym bardziej rosły nam we krwi cząsteczki adrenaliny i fenyloetyloaminy. W 4 godziny zrobiliśmy 20 kilometrów w 22 zjazdach. Ale byłam bardzo powściągliwa i nie przekraczałam 40 km/h. po korekcie wiązań nowa deska coraz bardziej moja.

Ja: Mamuś, ta deska to jest szatan.
Mama: No to pasujecie do siebie.

Amen.

niedziela, 4 grudnia 2016

Stożek. Strzeżcie się, Kot wrócił!

Stożek po raz pierwszy, start! Poważne testy nowej deski, butów, wiązań i ciuchów. Testy łańcuchów śniegowych. Wielka radość na stoku i kilka godzin na odreagowanie trudnego tygodnia. Śniegowa euforia, a to tylko 2 godziny - tak na dobry początek.






piątek, 2 grudnia 2016

Roczek biegowy

Dokładnie rok temu poszłam pobiegać.
Wychodziłam tak 134 razy. Przebiegłam 835 kilometrów.
Zrzuciłam 11 kilo.
Przybrałam 2.
Trochę się zmieniło. Trochę dużo. W ciele i w głowie.
Zadowolona i zdziwiona sama sobą.

czwartek, 24 listopada 2016

Nie żyje Abid Jasar

Trudno myśleć o Abidzie w kategoriach przemijania. Sprawiał wrażenie, jakby był zawsze i na zawsze miał zostać. W Sarajewie, w Ilidży, tuż przy Tunelu, którego był współtwórcą.

Poznaliśmy się w lipcu tego roku. Spędziliśmy razem godzinę, może półtorej. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy się znali zawsze i jakbyśmy się mieli znać już zawsze. Spotkanie z nim sprawiło, że absolutnie obowiązkowym punktem programu przyszłorocznych wakacji było "wrócić do Sarajewa i spędzić 3 dni z Abidem". Jeździć razem, chodzić razem, pić rakiję i rozmawiać o tym, co kiedyś, teraz i później.

Pamiętam, jak tłumaczył nam, dlaczego trzeba fuck all the politics i jak kiedyś przez przypadek uczył tej życiowej prawdy amerykańskich polityków. Dlaczego trzeba szanować każdego człowieka, bez względu na wiarę. Jak mówił, że bycie muzułmaninem w ogóle nie przeszkadza mu w codziennym rakija time. Mówił też, że audi to audi, a skoda to szkoda. Że jak się jest kierowcą, to nie można pić, a jak się jest zawodowym kierowcą, to można. Że w oblężeniu zginęło ponad 120 osób z jego rodziny. Że dyplom, który dostał od jakiejś fundacji za pracę przy tunelu, może spalić czy potargać, bo nie ma dla niego żadnej wartości. Że nikt z rządu ani z wojska nigdy mu za nic nie podziękował. Że w Bośni nie może być dobrze, dopóki prezydent Republiki Serbskiej w Bośni mówi w mediach, że nienawidzi Bośniaków. Że w Bośni dalej siedzą polscy żołnierze i że wszystkim misjom zawsze chodzi tylko o kasę.

 

A tutaj to, co napisaliśmy w lipcu:

Tunel. To, co najważniejsze w tunelu, znajduje się poza nim. Stojąc na wprost wejścia trzeba iść kilka metrów prawo, by znaleźć sklepik z pamiątkami prowadzony przez jednego z budowniczych tunelu. Abid Jasar jest wielkim bohaterem, który zagaduje turystów i opowiada prawdziwą historię swojego życia i tunelu, który budował z kolegami podczas oblężenia. Spotkanie z Abidem, tak jak spotkanie z Farisem, było dla nas najważniejszym doświadczeniem z Bośni. I to dla nich dwóch będziemy musieli tam wrócić, by spędzić z nimi więcej czasu, by się nie spieszyć, by z nimi zwiedzić miasto i słuchać ich historii, które dla nich są absolutnie codzienne i prozaiczne, a dla nas są świadectwem wiary, pracy, człowieczeństwa, odwagi i nieugiętej woli przetrwania w mieście i kraju tak potwornie dotkniętym przez historię.
 
Bardzo za Tobą tęsknimy, Abid. W lipcu przyjedziemy do Sarajewa, zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło, mimo że nasze Sarajewo i nasza Bośnia zmieniła się bezpowrotnie.

piątek, 18 listopada 2016

Złośnica na TBC

Nasz wymarzony i wyczekany wyjazd na ferie już za mniej niż 2 miesiące. W związku z tym, a także z coraz mniej sprzyjającą pogodą, doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że jednak samo bieganie to za mało. Że coś tam uruchomiło w moim ciele, ale że to jakiś maleńki procent i jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast szaleć na nowym snowboardzie na trzech tysiącach metrów, będę obolała leżeć jak kłoda i nawet kołdra będzie mnie boleć. Trzeba się uruchomić - wmawiałam sobie od 1 listopada i kilka dni temu, w połowie miesiąca, spakowałam plecaczek i pierwszy raz w życiu udałam się na zajęcia fitnessowe.

Kosztowało mnie to bardzo wiele, bo musiałam pokonać milion swoich lęków i wrodzonych niechęci: do zamkniętych pomieszczeń wypełnionych obcymi ludźmi, do eksplorowania nowych miejsc samej, do miniaturowych wspólnych szatni, kiczowatej muzyki i wreszcie samych zajęć, których fenomenu nigdy nie potrafiłam zakumać. Ale dobrze. Plecak spakowany. Idę. Zajęcia akurat były z TBC. Idealnie.

Tłum okazał się zaledwie czteroosobowy. Instruktorka całkiem przyjemna. Muzyki prawie nie słyszałam, tak intensywnie myślałam, co ze sobą robić. Po 30 minutach zastanawiałam się, czy to w ogóle jest do przejścia, po 45 minutach części ćwiczeń nie byłam w stanie wykonać, a po pełnej godzinie dotarło do mnie, że po roku biegania moja ruchomość i sprawność przypomina powaloną przez wiatr starą wierzbę.

Rzecz działa się trzy dni temu, a echa wizyty w fitness clubie są nadal wyraźnie: bolą mnie wszystkie mięśnie, o których wiem i o których nie wiedziałam. Z jednej strony to straszny cyrk, bo wszystko zajmuje mi trzy razy więcej czasu i wydaję różne straszne dźwięki, a z drugiej - jestem zachwycona, że udało się uruchomić mnie tak jak chciałam. Brzydal oczywiście drze ze mnie łacha, że po co się tak męczyć, ale za to nadal chętnie spożywa posiłki regeneracyjne. Muszę tam wrócić. Góra wzywa mnie coraz głośniej.

poniedziałek, 14 listopada 2016

moja książka

Dzisiaj wyszła książka, nad którą jako korektor i edytor pracowałam przez kilka miesięcy. Jest piękna i cudownie leży w rękach. Tylko nie mam odwagi zajrzeć do środka. Zrobiłam cztery korekty zamiast trzech, a mimo to mam panikę, że coś przepuściłam i że zawiodę szanownego Autora, którego bardzo lubię.
Cieszę się, że mogłam nad tym pracować. Zawsze bardziej chciałam poprawiać autorów, niż sama być autorem. Co teraz? Ma ktoś może jakąś książkę do korekty?

Odbiłam się też już po ostatniej gigantycznej klęsce w robocie. Teraz robiąc mniejsze wydarzenie czułam się jakbym sama robiła rozdanie Oscarów. Dobrze poszło. Gdyby nie poszło, zastanawiałam się już, do którego pudełka zmieszczą się moje rzeczy.

niedziela, 13 listopada 2016

Bronisław Wrocławski w Dąbrowie Górniczej

Bilety na monodram Wrocławskiego kupiliśmy w sierpniu. Połowa listopada wydawała się tak odległa, jakby nigdy nie mała nadejść. Czekamy na "Seks, prochy i rock'n'roll".

Nadeszła. Ze śniegiem. Ja z infekcją. Trzy dni nie byłam w pracy. Teoretycznie, bo w sumie dwa z nich byłam. Bardzo zła w domu i obrażona na szefa, który jak zwykle w takiej sytuacji lokuje się gdzieś w pozycji między ojcem a mężem i z całą stanowczością żąda ode mnie siedzenia w domu. Myśli mam mordercze.

Obawiałam się trochę tego Wrocławskiego. Wychowałam się na jego trzech monodramach Bogosiana i nie mam wątpliwości, że moja wieloletnia, obsesyjna miłość do teatru ma wiele wspólnego z tym, że jako gówniara oglądałam na scenie Wrocławskiego właśnie. A obawiałam się, bo mniej więcej z tym samym czasie na scenie rozwalał mnie Peszek, a gdy przyszło mi zderzyć się z tym samym monodramem po latach, już nie byłam w stanie się do niego przekonać.

Z Wrocławskim tak nie było. Wrocławski jest gigantyczny i lata, które minęły od naszych pierwszych scenicznych zderzeń, nic nie zmieniły. Jest przewielki. Jest mistrzem świata. Wciągnął nas, pożarł i rozwalił. Genialny wieczór. Do zapamiętania: awaria klimatyzacji i Wrocławski w samym fartuchu, przekonujący Brzydala, jak mu jest ciepło przy grillu...

Po koncercie Kazika z Proformą w Chorzowie wiem, że żeby spełniać marzenia, czasami trzeba tylko wstać i podejść. W padającym śniegu, szczękając zębami, czekaliśmy na mistrza świata, żeby poprosić o wspólne zdjęcie i uścisk dłoni. Po chwili już siedzieliśmy u niego w garderobie, umierając ze szczęścia. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść. To miejsce mi sprzyja. Kiedyś już tam wtargnęłam pewnemu artyście do garderoby, co jak wielu z Was wie, zmieniło moje życie i wywaliło je do góry dnem jakieś tysiąc razy. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść.

piątek, 11 listopada 2016

początek sezonu snowboardowego

Siedzenie w domu z awarią zatok źle robi w głowie. Czasami trzeba zrobić coś niemądrego, żeby wystawić łeb z czarnej dziury.
Puścili dziś wyciąg na Białym Krzyżu. Brzydal spakował mój sprzęt, wsadził mnie do samochodu i nakazał testowanie nowej deski. Kupił mi karnet za dyszkę i puścił z górki, a sam robił zdjęcia i szamał grillowane oscypki.
Przez 30 minut zapomniałam o wszystkim. O WSZYSTKIM. Niby śmiałam się, że Biały Krzyż, najważniejszy polski lodowiec The White Cross Gretscher, jak zwykle jest pierwszy, ale z drugiej strony byłam głęboko wdzięczna za ten 300-metrowy ośnieżony pas, na którym mimo osłabienia i dudnienia w głowie mogłam się przez kilka chwil pobawić.
Na szczęście na nowym sprzęcie stanęłam i pojechałam, a nie stanęłam i wyrżnęłam. Moje nowe zabawki to Burton Feelgood Flying V 149, Lexa i Emeraldy. Zestaw jest lekki i twardy. Wierzę, że do pełnego oswojenia. Pierwsze 5 zjazdów dobrze rokuje. Tak oto zaczął się sezon. Wcześnie jak nigdy. Brzydal Miszcz Świata w spełnianiu marzeń.

sobota, 5 listopada 2016

22 km

Moje wyniki przez 2 miesiące leczenia zmieniły się minimalnie. Jest o jakiś drobiazg lepiej, ale odległość od normy nadal wydaje mi się kosmiczna. Cały wściek wrócił. Lekarka dodatkowo uświadomiła mi, że dalej może być ze mną nie najłatwiej i że to w sumie nie jest moja wina. O tym jak to działa przekonał się już kolejnego ranka mój zupełnie niewinny kumpel. Został bez powodu rozszarpany i zjedzony. To byłam ja czy już nie ja?

Sobotni ranek polegał na leżeniu i smuceniu, a później na zmuszaniu się, żeby wstać i chociaż umyć zęby. Ostatkiem dobrej woli postanowiłam wyjść pobiegać i zrobić jakieś marne 5 km, żeby do końca świata nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia. Wyszłam zgarbiona i ze wzrokiem bez-kija-nie-podchodź.

Wróciłam po 3 godzinach. Byłam na Środuli, Zagórzu, Klimontowie, Dańdówce, Ludwiku, Ostrogórskiej, całej Naftowej, w centrum, całej Sobieskiego, kilka kroków w Katowicach na Morawie, na Stawikach, pod Stadionem Ludowym, na Piastów, na Mireckiego, w Parku Sieleckim i na Górce Środulskiej. 22 kilometry.

Fajnie, cieszę się, że udało mi się dociągnąć do półmaratonu zanim minie rok mojego biegania. Po co mi to było, nie wiem. Skąd tyle siły, nie wiem. Czy i kiedy uda mi się to powtórzyć, pieron wie. Na pewno tego nie zaplanuję. Najgorsze, że humor wcale nie poprawił mi się tak bardzo jak powinien. 22 kilometry. Kawał drogi. Nis czuję w nogach, ale widzę na mapie.

piątek, 4 listopada 2016

KULT w Spodku - Pomarańczowa Trasa




Tak to wyglądało z naszej perspektywy.
Brzydal i Złośnica

sobota, 22 października 2016

Smolik / Kev Fox w Dąbrowie Górniczej

Za nami wydarzenie kulturalne roku i na pewno jeden z najważniejszych koncertów ostatnich lat. To, co wyrabiali  na scenie Pałacu Kultury Zagłębia Smolik z Kevem Foxem i perkusistą Olkiem Orłowskim, trudne było do przewidzenia. Przyznaję, że spodziewałam się trochę innego klimatu (bardziej Smolik, mniej Fox), ale to, co dostałam, jest mi dużo bliższe. A Brzydal zupełnie zwariował i od drugiej piosenki dziękował mi, że tam jest.
Tą drugą piosenką było oczywiście "Mind the bright lights". Panowie zagrali tak, że bałam się, że Fox rozwali swoją gitarę (jedną z sześciu...?) i zdemoluje scenę, że bębny wybuchną, a Smolika wywali w kosmos, i że wywali w kosmos też mnie z całym fotelem i resztą widowni. To nie był rockowy pazur, to był jednorodny, cudowny rockowy szał. A sam Fox tak wygląda, tak się zachowuje i tak śpiewa, że do końca świata pod hasłem rockman w encyklopedii powinno znajdować się jego fotkę. Fenomenalny.
Kompozycje Smolika z tekstami Foxa zabrzmiały tam milion razy lepiej niż w studyjnych wersjach, a już przecież te studyjne są uwielbiane przeze mnie od miesięcy. Nie mogłam odgonić myśli, że CHŁOPCY SĄ GIGANTYCZNI. Że mam na wyciągnięcie ręki gigantów, którzy robią z publicznością co chcą. Młodziutki, fenomenalny bębniarz, Smolik otoczony swoimi gratami nieustannie uśmiechnięty i Fox cały zbudowany z muzyki, tak hipnotyzujący i seksowny w każdym dźwięku i każdym ruchu, że mogłabym go pożreć w całości.
Ale musiał mi wystarczyć uśmiech i uścisk dłoni po koncercie. Autograf, dedykacja, fotka. Jeszcze się zobaczymy, prawda?
Jeszcze słowo o supporcie. Swiernalis zauroczył nas prawdą - jest cały autentyczny. Wystarczyło kilka piosenek, żeby nas kupić tekstami, wrażliwością i samowystarczalnością na scenie. Jakąś taką mądrością i smutkiem, który z niego wyłazi jak cień. Po koncercie powiedzieliśmy mu, że w naszym środowisku, jak ktoś wychodzi na scenę i ma w sobie taką niemal dotykalną prawdę, mówi się o nim, że jest "mięso". Myślę, że zrozumiał, co miałam na myśli.



Na koniec obwieszczenie: szczerze zazdrościmy Dąbrowie Górniczej festiwalu ZagłębieWood. Uczestniczymy w nim od lat i właściwie na co by się nie poszło, to jest naprawdę świetne. W tym smutnym grajdole zwanym Sosnowcem Smolik/Fox grali, jak się okazuje, dwa tygodnie temu. Szkoda, że o tym nie wiedzieliśmy, a przecież siedzimy w temacie, czytamy gazety, siedzimy w sieci, oglądamy plakaty na mieście. Mieszkamy 2 kilometry od Muzy, w której podobno coś się dzieje, ale nikt nigdy o niczym tam nie słyszał. Żałuję, że nie byliśmy na tym koncercie, ale nie wiem, skąd mieliśmy się o nim dowiedzieć jako mieszkańcy tego miasta, które wprawdzie próbuje, ale jak zwykle mu nie wychodzi. W Dąbrowie festiwal hula tak, że wszyscy wszystko wiedzą, bilety wyprzedają się na pniu, a atmosfera na widowni rozwala artystów. W Sosnowcu mamy Muzę, salę w szkole muzycznej i scenę w teatrze, a jak przyjechała Renata Przemyk, to grała w domu kultury przy elektrociepłowni i na Maczkach. Wstydź się, Sosnowcze... Długa droga przed Tobą.

środa, 19 października 2016

wtorek, 18 października 2016

o czym nie było mowy

Gdy teraz z perspektywy dzisiaj patrzę na ostatnie tygodnie, to nawet trochę żałuję, że nie potrafiłam zmusić się do pisania.

Nie został tu żaden ślad po miesięcznym napadzie kosmicznego doła, którego po części mogę zrzucić na leki, które zszokowały moją głowę.

Nie został ślad po moim szalonym rekordzie - 131 kilometrów przebiegniętych we wrześniu.

Ani o 17 kilometrach cięgiem.

Nie został nawet odcisk palca po lawinie ekscytacji połączonej ze strachem w związku z zupełną fanaberią, czyli poszukiwaniem i kupowaniem nowego sprzętu snowboardowego.

Nie została nawet jedna zasmarkana chusteczka po ostatniej weekendowej imprezie, którą robiłam w pracy i która była pasmem katastrof, tragedii i masakr, i to w takim stężeniu, że aż nie wierzę, że tyle mogło się spierdolić w zaledwie niecałą godzinę.

Ani śladu po tym, jak w pewien ciepły wieczór sama wypiłam litr różowego wina z plastikowej butelki i byłam najszczęśliwsza na świecie, przysięgam.

Nic o tym, jak po pijaku planowałam naszą fotograficzną sesję ślubną.

Ani słowa o tym, jak leżałam sztywno na kanapie, patrząc się w punkt, który nie istniał i czułam, że już nigdy nie dam rady wstać i wyjść gdziekolwiek. Że nie dam rady nawet umyć zębów ani sięgnąć po kubek.

Nawet pół zdania o dwudniowej histerii, jak wykreślili mnie z bazy dawców komórek macierzystych. Dożywotnio.

Nic o tym, że od dwóch tygodni pieczemy w domu swój chleb.

Nic o proteście kobiet na katowickim rynku.

Nic o moich zapewnieniach, że już nigdy nie pójdę do teatru.

Cisza o tym, jak rozwaliłam prawy błotnik, a dostałam lewy.

Nawet linijki o tym, jak w 5 dni zrobiłam korektę prawie 400-stronicowej książki.

Nic o kryzysie finansowym, w który się wpędziłam feriami, ubezpieczeniem, deską i wiązaniami i nic o zwoływanym niemal codziennie posiedzeniu Komisji Budżetowej, którego jestem sama sobie przewodniczącą.

Ani słowa o tym, jak pewnego ranka nadmuchałam się do mojej pełnej wysokości i powiedziałam pewnej starej rumpli, co o niej myślę.

Jak potrójną dawkę tabletek nasennych popijałam wódką.

Jak po telefonach najlepszego przyjaciela czułam się wyłącznie gorzej.

Jak mój tata wygrał druzgocącą naszą rodzinę sprawę sądową z Państwem Polskim.

Jak Brzydal to wszystko zniósł, co rano głaszcząc mnie po głowie i zapewniając, że mnie kocha i że wszystko będzie dobrze.

Jak teraz faktycznie wygląda to tak, jakby już miało być dobrze.

sobota, 10 września 2016

skutki uboczne

Gdy lekarka mówiła "powinna pani biegać mniej", nie sądziłam, że miała na myśli "i tak będzie pani biegać mniej, bo nie będzie pani miała siły nawet na 5 kilometrów, a co dopiero na 15". Takie tak małe kłamstwo. Niedopowiedzenie. Pewnie dla dobra pacjenta.

Powiedziała też, komentując zachowanie mojego serca, że ja biegam nawet jak leżę. Hmm.

Od 10 dni jestem na lekach i dzięki temu jestem encyklopedią skutków ubocznych. Nie mam siły, tyję, mam ataki dołów, strachów i głodów, kiepsko śpię, gorąco mi, nie, jednak chyba zimno, i jestem przez to wszystko strasznie zmierzła. Kilka dni temu w pracy o 8 rano miałam taki napad paniki, że myślałam, że zawinę się w kokon i wystrzelę się w kosmos. Z koncentracją cienko. Z motywacją też. Z chęcią-do-wszystkiego podobnie.

Brzydal dzielnie o mnie walczy. Stosuje kilka metod jednocześnie: słoneczniki, spacer, ciastko, wino, seks, serial, głasianie, planowanie przyszłorocznego wyjazdu do Bośni. W takim natężeniu jego działania naprawdę przynoszą efekt. Dziś jestem spokojniejsza. Rano przebiegłam 10 kilometrów, bo musiałam sobie udowodnić, że jeszcze trochę siły mi zostało. Tempo miałam żółwia-emeryta-kombatanta, ale tym na razie nie będę się przejmować. Póki co liczy się dystans, żeby zachować go tyle, ile to możliwe.

118 dni do wyjazdu na lodowiec.

Odnalazłam w sieci cudowne forum, na którym 10 lat temu ludzie wymieniali opinie na temat książek o Bałkanach. Nie wiem, jakim cudem nie trafiłam w to miejsce wcześniej. Otworzyła się przede mną biblioteka tytułów, o których nie miałam pojęcia, bo one już te 10 lat temu były niekoniecznie nowe. Poszukiwanie tych książek na cały wieczór wyciągnęło mnie z marazmu. Złożyłam zamówienia, zapłaciłam. I poinformowałam Brzydala, że listonosz do niego przyjdzie. Dobrze - powiedział. Ale nie raz... - dodałam. Ile razy? Hmmm... Lepiej od razu zapytaj, jak  ma na imię, bo teraz będziecie znacznie bliżej... Niekoniecznie chciałam się przyznać. Nie wie, że listonosz przyjdzie pięć razy. A dwie pozostałe książki już sama sobie odebrałam. Kopalnia czytania. Źródło wiedzy znalezione zupełnie przypadkiem. W wolnej chwili tak wrócę, żeby zrobić listę tych, których nie znalazłam. Jeszcze. Przecież gdzieś muszą być. Tak jak moje wymarzone "Pocztówki z grobu", na które poluję trzeci rok. Halo, może ktoś chce sprzedać...?

środa, 31 sierpnia 2016

118 km

Chciałam w sierpniu przebiec 100 kilometrów. Dotąd mój rekord to 83 kilometry.
Przebiegłam 118. Bardzo się cieszę.

Miałam nosa, żeby wykonać ten skok na dystans właśnie w sierpniu. Po dobiegnięciu do 118 kilometra dowiedziałam się, że muszę wystopować. Że moje wyniki są paskudne. Że przez jakiś czas nie powinnam tak obciążać serca. Że muszę wykupić leki i być pod kontrolą. Nienawidzę być pod kontrolą. Jestem zła i w szoku. Jak zwykle brakuje mi pokory i nie jestem w stanie jej w sobie wyhodować.

118 kilometrów to kawał drogi. Nie wyobrażam sobie, że we wrześniu przebiegam mniej niż 100. Ale nie wiem, co mi teraz zrobią te leki.
Zła, zła.
zł.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Kazik i Kwartet ProForma w Chorzowie

Cudowny weekend za nami. Cudowny. Sobotni koncert Kazika z ProFormą zmiótł nas pod leżaki. Łąka na końcu ścieżki prowadzącej przez cały Skansen jest idealna na takie imprezy. Żal tylko, że tak niewiele osób wiedziało o festiwau i mogło się na niego załapać. Równoległe trwająca piwna impreza w Parku Śląskim też pewnie zrobiła swoje. Mimo frekwencji zespół zagrał fantastyczny koncert. Kazik w rewelacyjnej formie. Brzmiało to wszystko znacznie lepiej niż w Dąbrowie Górniczej, gdzie z tym składem zetknęliśmy się pierwszy raz.
I właśnie z Dąbrowy pamiętałam, że ten koncert jest raczej siedzący. Dlatego rozłożyliśmy sobie leżaki w pierwszym rzędzie i grzecznie siedzieliśmy dłużej niż połowę koncertu, wydzierając się oczywiście, śpiewając, bujając i ciesząc się, jak pięknie to wszystko wygląda. Ale gdy usłyszałam pierwsze takty "Komandora Tarkina", nie wytrzymałam i pognałam pod scenę na wilgotną trawę, by jeszcze z kilkoma osobami do końca koncertu tam właśnie szumieć, tańczyć, skakać i śpiewać. Było rewelacyjnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek gdzieś tańczyłam z taką swobodą. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam w głowie taki nieskrępowany luz i wolność. Najwyraźniej z tego się nie wyrasta. Są piosenki, których nie da się słuchać na siedząco. Krzesło łaski. Gorzki płacz. Modlitwa o wschodzie słońca. Tata dilera. Moje najukochańsze, wzruszające i do cna smutne Gdybym wiedział to co wiem. Gdy już przybiłam piątkę z Kazikiem i opadł pokoncertowy kurz, wracaliśmy ciemną alejką do samochodu. On jest największy z wielkich - przekonywałam Brzydala, którego przecież nie trzeba co do tego przekonywać. Choć brzmi to jak frazes, Kazik im starszy, tym lepszy.

Zawsze marzyłam, żeby porozmawiać chwilę z Kazikiem, uścisnąć mu dłoń i wziąć kilka autografów na płytach i na książce. I właśnie tam w Chorzowie miało to miejsce. To był ważny dzień, bo dotarło do mnie, że żeby spełniać marzenia, czasem wystarczy tylko ruszyć tyłek. Tak było w lipcu z Kusturicą. Teraz tak było z Kazikiem. I z Lembiczami. Tylko ruszyć tyłek i podejść.


Następnego dnia kupiliśmy bilety na KULT do Spodka. Bardzo, bardzo dobrze.

I załatwiliśmy ferie. Najlepiej. Góra wzywa. Lodowiec czeka. Jeszcze tylko 130 dni.

zł.

wtorek, 23 sierpnia 2016

co byś teraz robił?

Co byś teraz robił, gdyby mnie nie było?
Pisałbym Ci sms-y.
Ale nie teraz. W ogóle.
Szukałbym Ciebie.

sobota, 6 sierpnia 2016

16 km

Po urlopie istny dołek kondycyjny. Mimo że zachowywaliśmy na wyjeździe ogromną aktywność, to jednak bieganie po powrocie przypominało bieganie sprzed pół roku. Forma uciekła.
Tak myślałam do dziś. Zrobiłam 16 kilometrów. Bardzo zadowolona:).
W planie w sierpniu dobić 100 km.

sobota, 23 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Trasa i liczby

 Trasa w Serbii: Subotica - Nowy Sad - Belgrad - Golubac - Smederevo - Sjenica - Zlatibor - Mokra Gora

Trasa w Bośni i Hercegowinie: Wiszegrad - Sarajewo - Srebrenica - Sarajewo - Mostar - Medjugorie - Kravice - Blagaj - Travnik - Banja Luka

Łącznie:

14 dni
3730 km
59 godzin w samochodzie
17 miast
10 miejsc noclegowych
8 granic
6 krajów (albo i 7, jeśli liczyć Rebuplikę Serbską w Bośni)
ponad trzy tysiące zdjęć
jedne zaręczyny

piątek, 22 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Banja Luka

Kończymy tę zabawę... Taki świat, że jedne kraj, a dwie stolice - z Banja Luki zarządza się Republiką Serbską. Klimat końca siedzi nam na plecach. Tryb "konia do domu" u Brzydala przyspiesza: twierdzi, że nie będziemy nocowali na Węgrzech i że chce jechać cięgiem do Polski. OK...
Banja Luka jest dużym, eleganckim miastem z szerokimi ulicami, wielkimi kawiarniami, stateczną twierdzą i gigantyczną halą targową. Jest gorąco, miasto oddaje temperaturę każdym kamieniem.
W mieście jest jeden jedyny meczet Ferhadija, świeżo odbudowany i oddany tutejszym Muzułmanom do użytku. Zburzono go w 1993 roku i odbudowywano aż do teraz - na otwarciu w maju było 10 tysięcy osób. Wielu wierzy, że to dobry znak i zapowiedź dalszych starań o przywrócenie wieloetniczności Bośni. W 2001 roku serbscy nacjonaliści zaatakowali Muzułmanów, którzy mieli wmurować tam kamień węgielny - pytanie, czy i co zmieniło w ich głowach te 15 lat?
Im później, tym większy tłok w centrum. Cudowne jest to, że w knajpach trudno znaleźć wolny stolik, mimo że obok siebie stoi ich z dwieście. Próbujemy to wszystko jakoś ogarnąć, podsumować, porównać. Piwo nektar szumi w głowie. Czuję się tak, jakby minął miesiąc, dwa, a nie dwa tygodnie. Tyle za nami! Skataloguj to teraz w głowie, poukładaj, przypisz na stałe nazwy obrazkom i słowa ludziom. Nektarem pijemy za dobrą podróż i szybki powrót. Za kraje, ludzi, historię, różnice, podobieństwa, braterstwo i siostrzeństwo. Za nas i za nich.




czwartek, 21 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Travnik

Omijamy Jajce, przed nami Travnik. Brzydalowi włączył się już tryb "konia do domu" i coraz bardziej ciągnie go na północ. Nie chce słyszeć na przykład o zwiedzaniu Zagrzebia, do którego mamy już dosłownie rzut beretem. W Travniku udaje mi się go obłaskawić cevapi i tak tanimi lodami, że moglibyśmy wykupić cały wózek... Po mojej stronie stolika oczywiście tufahija. Nastroje ratuje też miejskie targowisko, na którym uwagę Brzydala przyciągnął wędzony ser i czarna, suszona wędlina nieznanego pochodzenia. Kupujemy jeszcze melona i taki miks zapachowy dekujemy w hotelu (gigantyczny pokój z gigantycznym łóżkiem z widokiem na zamek - dzięki Ci Bośniacki Boże). Po chwili przerażeni nagłą intensywną falą smrodu zamykamy jego źródła w szafie i uciekamy na twierdzę.
Na górze jest cudownie. Ogromne pieniądze wpompowano już w rewitalizację twierdzy, dzięki której miasto miało się bronić przed Turkami. Na szczycie pijemy bośniacką kawę z tygielka i nagle czujemy te ostatnie 10 dni i ich intensywność. A tu jeszcze przecież absolutnie unikatowy Malowany Meczet, groby wezyrów, dwie wieże zegarowe, bo miasto ma dwie carsije, i jeszcze dom, w którym urodził się Ivo Andric. A na koniec - hit hitów: Plava Voda. Rwący potok, spadający z gór, ekstremalnie czysty i zimny, przyjemnie obudowany knajpkami i straganami, miejsce gwarne i orzeźwiające. Miło tam być. Obok biały cmentarz. Dzieciaki na moście robią sobie selfi.

W hotelu profilaktycznie nie otwieramy drzwi szafy. Robimy to dopiero kolejnego ranka, czmychając zanim dogoni nas uwolniona chmura.

Gdy stoimy na parkingu i wcinamy kupione w piekarni na rogu bułki, podchodzi do nas starszy pan i przygląda się badawczo (przyzwyczailiśmy się już, naprawdę). Po chwili podszedł.
- Z Polski?
- Z Polski.
- Moja córka mieszkała w Polsce. W Sosnowcu. Na Zagórzu.
- (szok, konsternacja i bułki zatrzymane wpół drogi)
- Wnuk mi się tam urodził.

I tak oto, przemierzywszy dwa kraje, spotkaliśmy pana, którego córkę może znamy z widzenia, a może mamy wspólnych znajomych. Później śmialiśmy się, że może pan ma takie hobby, że wieczorem patrzy na parkingu, skąd są hotelowi goście i później rano wkręca ich metodą "na córkę", ale odrzuciliśmy ten pomysł jako niemoralny i skomplikowany dla starszego pana. Ale kto wie...










środa, 20 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Blagaj

Blagaj warto odwiedzić kręcąc się wokół Mostaru. XV-wieczny klasztor derwiszów jest czarująco położony, a źródło rzeki Buny prędkością wody przebija podobno inne europejskie źródła. Szum, chłód i cudne widoki. Rozczarowani Medjugorje, w Blagaju dla odmiany bawimy się świetnie.
Po drodze na straganach piętrzą się kolorowe syropy i miody, w tym mój wymarzony z granatów. Co jednak sprawia, że słoik miodu w Blagaju kosztuje 6 euro, a na targu w serce starówki Mostaru - 3 euro, pozostaje tajemnicą.




Bałkany 2016. SRB + BiH. Medjugorie






Bałkany 2016. SRB + BiH. Wodospady Kravice

Kravice - małe Plitvice. Koniecznie i obowiązkowo. W bałkańskim upale tam można odetchnąć, trochę dać się zmoczyć, poczuć siłę spadającej wody i popatrzeć, jak bawią się miejscowi. Mostki, pojedyncze deski, niepewne przeprawy, jaskinie za wodospadami. Okutane na czarno muzułmańskie babcie i ich chichoczące w bikini wnuczki.



wtorek, 19 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Mostar. Pierścionek

Tutaj się to działo, w najcudowniejszym miejscu Bośni, w wymarzonym, wyczekanym moim Mostarze, z widokiem na najpiękniejsze co widziałam od lat.

 I zaowocowało tym, że stałam się przyszłą żoną Brzydala i właścicielką najpiękniejszego pierścionka ever:

Brzydal i Złośnica zaręczeni. Koniec świata, początek? Ciąg dalszy.
Bardzo szczęśliwa.
Z.

PS Szczęście opijaliśmy maleńką buteleczką pelinkovaca, który oczywiście był ohydny i smakował jak stary syrop na kaszel. Ale był jednocześnie pyszniejszy niż najsłodszy kolorowy drink z palemką. Nie wierzę!

Bałkany 2016. SRB + BiH. Mostar

Marzyłam o tym, żeby zobaczyć Mostar, odkąd pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie Starego Mostu. Mostar, Mostar. Mostarrrr. Jedno słowo w głowie jak echo. Po okropnościach Srebrenicy i po emocjonalnym koktajlu Sarajewa przyszedł czas na coś jednoznacznie pięknego.
Starówka oczarowuje. Na most można się gapić godzinami i nie przestaje fascynować. Jest jednym z najpiękniejszych widoków, jakie widziałam w życiu. Jest monumentalny, jasny, jaśniejący wręcz, fenomenalny, bardzo romantyczny i dostojny.
W Mostarze wystarczy jednak przekręcić głowę, by zaatakowała nas wojna. Takich zniszczeń nie widzieliśmy nawet w Sarajewie. To przerażające, że tyle lat po wojnie otoczenie zaopiekowanej przez UNESCO starówki wygląda tak, jakby wojsko dopiero co się stamtąd wycofało.
Mieszkamy w pensjonacie Panorama, gdzie wyluzowani, opiekuńczy właściciele dbają o nas z czułością i zaangażowaniem. Wspaniały widok na miasto i cudne śniadania na tarasie - bardzo polecamy...

I Mostar pozostanie w mojej głowie jako najbardziej romantyczne miejsce dla nas, no bo wiadomo:))).




Szkoła - drugi po sarajewskim ratuszu bośniacki budynek w stylu mauretańskim
W mieście mnóstwo jest pozostałości po festiwalu Street Artu. To jedna z metod przepracowania tego, co wydarzyło się w Mostarze pomiędzy Bośniakami i Chorwatami.


don't forget

Potworna, 107-metrowa betonowa dzwonnica. To straszne, co Kościół Katolicki zrobił tą wieżą bośniackiemu miastu. Straszne. Architekt nie płakał jak projektował? A może biskup płakał jak święcił?













PS W Mostarze absolutny brak lepinje sa kajmakom. W związku z tym sami kupujemy bułę i kajmak i pieczemy w pokoju. Jest pięknie.

PS2 Kot na tarasie bardzo wdzięczny za pasztet. Rozmawiamy głośniej, żeby zagłuszyć jego mlaskanie.