czwartek, 28 stycznia 2016

5 km

Ostatniego grudnia pomyślałam, że w styczniu chciałabym dobiec do 5 km. Bo podobno 5 km to dopiero początek. Ale najpierw byliśmy na feriach, później tydzień odchorowywałam te ferie, później raz wyszliśmy z Brzydalem się rozbiegać, ale szału nie było.
A dzisiaj przebiegłam 5,24 km. Niby nic na to nie wskazywało, ale w ciągu kilku ostatnich dni nagromadziło mi się w głowie i w nogach tyle negatywnych emocji, że najwyraźniej to one mnie tak poniosły. Ostatnie kilkanaście metrów przeleciałam sprintem, a meta przy naszym przystanku autobusowym przypominała metę maratonu nowojorskiego.
Może uda mi się w lutym dodać kolejny kilometr. Ciągnie mnie bardziej do dystansu niż do czasu. Trzeba próbować.
z.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kazik i Kwartet Proforma w Dąbrowie

Za nami cudowny, rockowy, energetyczny koncert Kazika z Kwartetem Proforma. Bilety kupiliśmy od razu po koncercie w Spodku i potraktowaliśmy je jak wspólny prezent świąteczny. Spokojnie od jesieni słuchaliśmy "Wiwisekcji", ale przyznaję, że nie poświęciliśmy jej tyle uwagi, na ile zasługuje. Teraz nadrabiamy, wyciągamy smaczki, powtarzamy, słuchamy do snu, słuchamy w aucie. Spędziliśmy ponad dwie godziny na pożeraniu charakternych, znanych nam kawałkach w niespodziewanych aranżacjach. Zespół jest świetnie zestrojony, wszystko pasuje. Trudno oderwać oczy (i uszy) od piekielnie zdolnego Przemka Lembicza. A Kazik jest wielki. Wielki tekstowo, muzycznie, wokalnie i interpretacyjnie. Jest mistrzem świata we wzruszaniu i topieniu w dźwiękach. Słucham "Gdybym wiedział to co wiem" i ciągle mam mokre oczy.
Zł.


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kitzsteinhorn 2016










Wielka miłość i lawina adrenaliny. Kapryśny trzytysięcznik. Wietrzny szczyt i wieczny lód. Ten sport to nadal walka, choć jeżdżę od osiemnastu lat. To też uczucie bycia karłem na ramionach olbrzymów. To zabawa, zagadka, wzajemna prowokacja  i te sekundowe przebłyski, że to ja wygrywam, że moje jest na wierzchu. Coś nieporównywalnego. Smak nie do uchwycenia. Ten widok nieziemskiego ogromu i tej śmiesznie maleńkiej ludzkiej infrastruktury. Jak zabawkowa makieta.

Tydzień minął nam na niekończącym się oswajaniu lodowca (110 km w 5 dni), na stawianiu pierwszych kroków na nartach biegowych (na szczęście pod osłoną nocy, bo to była ostra kompromitacja, choć bawiłam się przednio), na zjadaniu dużej ilości lokalnych cudowności, które szykowała dla nas pani Michaela, na wieczornych spacerach nienaturalnie pustymi uliczkami Kaprun, ale też na przykład na przypadkowej próbie sforsowania przełęczy Grossglockner, której na mapie jakoś nie zauważyliśmy.

No i góra tym razem trochę mi pogroziła. W kilka chwil dwa razy podcięła mi nogi, a ja walnęłam głową o stok, też dwa razy. Wszystko się zabieliło i straciłam oddech. Ścięgno naciągnięte, głowa nieruchoma. Po dniu przerwy wróciliśmy na stok, bo słyszałam rano, jak mnie Góra wzywa, a może się ze mnie śmieje. A może to był tylko ten wojenny dźwięk odstrzeliwania lawin. Huk, echo i cisza.

Ferie marzeń.

zł.

piątek, 8 stycznia 2016

Góra czeka

To, że ciągnie mnie na lodowiec, stoi w absolutnej opozycji do mojej potwornej niechęci do zimy, zimna, chłodu, śniegu, oblepionych śniegiem dżinsów, pięciu warstw swetrów i temperatur poniżej +5 stopni. Na lodowcu: metr śniegu i kilkanaście stopni na minusie. Moja trwająca już 18 lat miłość do snowboardu to dowód na to, że miłość jest ślepa i nieracjonalna.
Mieszkanie przypomina cygańskie obozowisko. Wczoraj do późnego wieczora siedzieliśmy w teatrze, a później przy kuchennym stole tyle gadaliśmy o spektaklu, że nie było czasu na pakowanie na wyjazd. Ostatnia szansa - nadrobić dziś.
Wyjeżdżamy jutro rano i planujemy się wyszumieć za przeszłość i na przyszłość. Góra czeka.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

'15

Przefiltrowałam w głowie cały miniony rok w poszukiwaniu emocji jednoznacznie pozytywnych. Na sicie zostało mi kilka spraw, kilka tematów. Może faktycznie tylko to powinno zostać. Reszta na hasiok.

Moje trzydzieste urodziny i tego dnia koncert Doktora Misia. Fala szczęścia. Tsunami radości. I wcześniej były te koncerty, i później, ale 30 lat miałam tylko raz, tylko tam, tylko z nimi.

Późny sezon na snowboard. Jazda do 6 kwietnia. Ponad 60 km/h. I ten szalony tydzień, że w środku tygodnia jeszcze byliśmy w górach z Brzydalem i szaleliśmy na śniegu, a po kilku dniach w krótkich gatkach jeździliśmy już na longboardzie i na hulajnodze po parku w pełnowymiarowej wiośnie.

Longboard mój cudowny i bardzo wiele wieczorów spędzonych na desce z wiatrem we włosach i z szumem w uszach. Stara baba, a jak dziecko. Sama i w swoim tempie. Żeby przemyśleć, odreagować, wyszumieć, poukładać. Działało, z krótką przerwą na kontuzję, która tak naprawdę boli do teraz.

Płyta Boy "Mutual friends", słuchana do zarżnięcia. Do obrzydzenia i do przesytu słuchaniem. Całymi tygodniami tylko Boy. "Drive darling"! Teraz podobnie mam z tym jednym jedynym kawałkiem Howarda. Nie chce się odczepić, a ja nie chcę, żeby się odczepiło.

Absolutne mistrzostwo 2015 roku: wyjazd na Kaukaz. Zarywane noce, szukanie energii na ekstremalnie wypełnione dni, tak potwornie rzadki smak spełnionego marzenia, kiedy byliśmy w Baku, najlepsza impreza w życiu - w pociągu, góry, wysuszone do samych kamieni gigantyczne koryta rzek, hotele na jedną noc, smaki, zaułki, granice, jedzenie, które już nigdy nigdzie nie będzie tak smakować. Od tego czasu w głowie Baku, Baku, Baku. Codziennie w głowie jestem w Baku. I do teraz piję kawę z kubka ze znakiem setnej rocznicy Rzezi Ormian.

Dzikie upały w sierpniu w Katowicach i zabójcze mecze w pingponga na pewnym rozgrzanym do czerwoności poddaszu. Spędziliśmy tam z Brzydalem bardzo dużo czasu, codziennie bawiąc się tym sportem i mordując się nawzajem w niekończących się meczach. Mnóstwo energii i nowych umiejętności. I pewności, że mogę grać z facetami.

Mój nowy samochód. Nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie piękny, szybki i kolorowy. Nie sądziłam, że da mi tyle radości. Daje mi ją co rano, jak jadę do pracy i każdego popołudnia, gdy wracam do domu.

Bieganie. Zaczynam. W grudniu przebiegłam 39,24 km. Mam nadzieję, że to dobry początek. To układa w głowie, ułatwia zasypianie, pozwala spacyfikować myśli i przygotować się do rozmowy bez nadmiaru emocji. Dopiero wczoraj pokonała mnie pogoda: po 500 metrach w temperaturze minus 10 poczułam, że cały mój organizm mówi jedno wielkie NIE. Wróciłam do domu. Jutro spróbuję znowu.

Lecimy dalej.