poniedziałek, 4 stycznia 2016

'15

Przefiltrowałam w głowie cały miniony rok w poszukiwaniu emocji jednoznacznie pozytywnych. Na sicie zostało mi kilka spraw, kilka tematów. Może faktycznie tylko to powinno zostać. Reszta na hasiok.

Moje trzydzieste urodziny i tego dnia koncert Doktora Misia. Fala szczęścia. Tsunami radości. I wcześniej były te koncerty, i później, ale 30 lat miałam tylko raz, tylko tam, tylko z nimi.

Późny sezon na snowboard. Jazda do 6 kwietnia. Ponad 60 km/h. I ten szalony tydzień, że w środku tygodnia jeszcze byliśmy w górach z Brzydalem i szaleliśmy na śniegu, a po kilku dniach w krótkich gatkach jeździliśmy już na longboardzie i na hulajnodze po parku w pełnowymiarowej wiośnie.

Longboard mój cudowny i bardzo wiele wieczorów spędzonych na desce z wiatrem we włosach i z szumem w uszach. Stara baba, a jak dziecko. Sama i w swoim tempie. Żeby przemyśleć, odreagować, wyszumieć, poukładać. Działało, z krótką przerwą na kontuzję, która tak naprawdę boli do teraz.

Płyta Boy "Mutual friends", słuchana do zarżnięcia. Do obrzydzenia i do przesytu słuchaniem. Całymi tygodniami tylko Boy. "Drive darling"! Teraz podobnie mam z tym jednym jedynym kawałkiem Howarda. Nie chce się odczepić, a ja nie chcę, żeby się odczepiło.

Absolutne mistrzostwo 2015 roku: wyjazd na Kaukaz. Zarywane noce, szukanie energii na ekstremalnie wypełnione dni, tak potwornie rzadki smak spełnionego marzenia, kiedy byliśmy w Baku, najlepsza impreza w życiu - w pociągu, góry, wysuszone do samych kamieni gigantyczne koryta rzek, hotele na jedną noc, smaki, zaułki, granice, jedzenie, które już nigdy nigdzie nie będzie tak smakować. Od tego czasu w głowie Baku, Baku, Baku. Codziennie w głowie jestem w Baku. I do teraz piję kawę z kubka ze znakiem setnej rocznicy Rzezi Ormian.

Dzikie upały w sierpniu w Katowicach i zabójcze mecze w pingponga na pewnym rozgrzanym do czerwoności poddaszu. Spędziliśmy tam z Brzydalem bardzo dużo czasu, codziennie bawiąc się tym sportem i mordując się nawzajem w niekończących się meczach. Mnóstwo energii i nowych umiejętności. I pewności, że mogę grać z facetami.

Mój nowy samochód. Nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie piękny, szybki i kolorowy. Nie sądziłam, że da mi tyle radości. Daje mi ją co rano, jak jadę do pracy i każdego popołudnia, gdy wracam do domu.

Bieganie. Zaczynam. W grudniu przebiegłam 39,24 km. Mam nadzieję, że to dobry początek. To układa w głowie, ułatwia zasypianie, pozwala spacyfikować myśli i przygotować się do rozmowy bez nadmiaru emocji. Dopiero wczoraj pokonała mnie pogoda: po 500 metrach w temperaturze minus 10 poczułam, że cały mój organizm mówi jedno wielkie NIE. Wróciłam do domu. Jutro spróbuję znowu.

Lecimy dalej.

Brak komentarzy: