poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kitzsteinhorn 2016










Wielka miłość i lawina adrenaliny. Kapryśny trzytysięcznik. Wietrzny szczyt i wieczny lód. Ten sport to nadal walka, choć jeżdżę od osiemnastu lat. To też uczucie bycia karłem na ramionach olbrzymów. To zabawa, zagadka, wzajemna prowokacja  i te sekundowe przebłyski, że to ja wygrywam, że moje jest na wierzchu. Coś nieporównywalnego. Smak nie do uchwycenia. Ten widok nieziemskiego ogromu i tej śmiesznie maleńkiej ludzkiej infrastruktury. Jak zabawkowa makieta.

Tydzień minął nam na niekończącym się oswajaniu lodowca (110 km w 5 dni), na stawianiu pierwszych kroków na nartach biegowych (na szczęście pod osłoną nocy, bo to była ostra kompromitacja, choć bawiłam się przednio), na zjadaniu dużej ilości lokalnych cudowności, które szykowała dla nas pani Michaela, na wieczornych spacerach nienaturalnie pustymi uliczkami Kaprun, ale też na przykład na przypadkowej próbie sforsowania przełęczy Grossglockner, której na mapie jakoś nie zauważyliśmy.

No i góra tym razem trochę mi pogroziła. W kilka chwil dwa razy podcięła mi nogi, a ja walnęłam głową o stok, też dwa razy. Wszystko się zabieliło i straciłam oddech. Ścięgno naciągnięte, głowa nieruchoma. Po dniu przerwy wróciliśmy na stok, bo słyszałam rano, jak mnie Góra wzywa, a może się ze mnie śmieje. A może to był tylko ten wojenny dźwięk odstrzeliwania lawin. Huk, echo i cisza.

Ferie marzeń.

zł.

Brak komentarzy: