poniedziałek, 4 kwietnia 2016

pokład się buntuje

Bunt na pokładzie. A raczej to pokład się buntuje. Mój organizm mówi, że bardzo się cieszy, że w marcu przebiegliśmy łącznie ponad 60 km. Że nie mieliśmy depresji i przy okazji nawet trochę schudliśmy. Że biegamy już 12 tygodni. Ale teraz chciałby trochę odpocząć, bo jest zmęczony, chciałby porobić coś innego i coś zjeść. Coś, co nie jest jabłkiem, nasionami chia, otrębami albo jogurtem. Że pamięta, że kiedyś częściej jadł mięso i lubił mleczną czekoladę. I że tęskni za węglowodanami, tak jak kiedyś za szpinakiem. I tak jak kiedyś codziennie upominał się o szpinak, teraz upomina się codziennie o makaron z białym serem. Żeby mieć pewność, że będę go słuchać, postanowił osłabić mnie i moje argumenty, od trzech dni trzyma mnie w domu z zapożyczoną od Brzydala infekcją i ma wyoutowane na wszystko.
Jako nagrodę pocieszenia dostałam kolejną książkę o Bałkanach, co się cudownie składa, bo jak obliczyli wielcy matematycy, do urlopu zostało tylko 96 dni. Czas zacząć odliczać, by nie zdurnieć. Czytam, choć już nie pożeram tak jak kiedyś. Szczerze to żałuję, że pewne rzeczy przeczytałam i nie umiem ich skasować.
Zdurnienie było już blisko. W święta udało mi się dojść do wniosku, że będzie dla mnie bezpieczniej, jeśli się na jakiś czas odsunę od tego, co mi bliskie. Dość dotkliwie odczułam, że straciłam rozsądną perspektywę, a brak dystansu zawsze daje efekt nieostrości. Za stara już jestem na takie atrakcje.
Na inne rzeczy nie jestem za stara. Wczoraj na służbowym tablecie zainstalowałam grę, w której jestem rekinem zżerającym inne morskie stworzenia i rozszarpującym pływających plażowiczów.
Gdzie ten tablet...?

Brak komentarzy: