środa, 29 czerwca 2016

wiadomość dnia

"We expecting you.Welcome to Belgrade" - napisano do mnie w mailu. Wydałam z siebie pisk radości i zaszkliły mi się oczy/ Świadomość, że ktoś czeka na nas w Belgradzie sprawiła, że do drugiej nie mogłam zasnąć.
Odliczam dni do urlopu. Siedem roboczych. Dziewięć kalendarzowych. Proces pakowania in progress: na razie przygotowałam frisbee i scyzoryk (zestaw pierwszej potrzeby). Rozpisaliśmy plan wyjazdu. Domykamy budżet. Brzydal Travel ma się świetnie.
Drugi raz czytam "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy". Jeszcze bardziej nie mieści mi się to w głowie niż za pierwszym razem.
Czuję, że idzie coś dużego i ważnego. Nie. Mogę. Się. Już. Doczekać.

sobota, 4 czerwca 2016

-10 kg

Za mną 6 miesięcy biegania. Na początku grudnia nie myślałam i nie wierzyłam, że pociągnę to tak daleko. Podobno każdemu biegaczowi nagle odwala i chce blogować wyłącznie na ten temat, więc i mnie naszło na post podsumowujący. Bo nie dość, że minęło 6 miesięcy biegania, to jeszcze zrzuciłam z wagi 10 kilo, co jest wydarzeniem wiekopomnym i nieprawdopodobnym. Cieszę się, choć przecież chodziło o głowię, a nie o tyłek.

W te długie pół roku przebiegłam 318 kilometrów. Różnych innych aktywności w tym czasie narobiłam 355 kilometrów, w tym najeździłam się na snowboardzie i na rolkach, napływałam i nachodziłam. Naczytałam się też sporo o tym, co robić, a czego nie robić, jak biegać, a jak na pewno nie biegać i na ten temat też mam już swoje przemyślenia - przemyślenia początkującego.

Plany treningowe - nie korzystałam. Nie jestem w stanie przewidzieć, czy danego dnia przebiegnę 6, czy 13. I obawiam się, że żaden plan nie byłby w stanie zmusić mnie do wydłużenia dystansu dlatego, że jest wtorek czy czwartek, albo skrócenia go, kiedy czuję się genialnie i mogę nie kończyć. Z tym łączy się druga porada:

Słuchaj swojego ciała - dla mnie bzdura. Słucham głowy. Gdybym słuchała ciała, nigdy nie wyszłabym z domu. Ciało zawsze mówi, że mu się nie chce, nie ma siły, jest zmęczone i chce siedzieć w łóżku i czytać książki. Jak się słucha głowy, to da się rozróżnić momenty, kiedy ciało ściemnia i ma lenia, a kiedy faktycznie problem. Podczas biegu też słucham wyłącznie głowy, a ciało oszukuję. Jak wydaje mi się, że nie dolecę, to przełączam program w głowie i czuję, że mięśnie działają jak trzeba, do domu już tylko 2 kilometry i nie ma opcji, że nie dobiegnę. Ani razu nie zdarzyło się, żebym nie dobiegła tam gdzie chciałam, ani razu nie zdarzyło się, żebym się w ogóle na kilka sekund zatrzymała.

Nie biegaj po twardym - biegam wyłącznie po chodnikach, po kostce lub po asfalcie, co nie przynosi mi - póki co - żadnych kłopotów związanych np. z kolanami. Trawy jeszcze mnie nie ciągną, choć to podobno przychodzi z czasem i ze znudzeniem miejskimi ścieżkami.

Biegaj z kimś - oszalałabym, gdybym miała biegać z kimś, na kogoś czekać albo kogoś gonić albo z kimś gadać. Jedyna międzyludzka interakcja, jaką uwielbiam, to że biegacze sobie machają. Cudowne, przyjazne, motywujące i łączące w bólu;).

Kup dobre buty - bieganie urzeka mnie brakiem stałego generowania nowych kosztów, ale na butach bym szczególnie nie oszczędzała. Moje wybierałam do rodzaju podłoża i do wagi, bo zaczynając faktycznie byłam ciężka i bałam się, że sama sobie zrobię krzywdę. Wiem, że są takie za 600 zeta, ale biegam w takich wyrwanych na jakiejś promocji za 150 i powiadam, że da się i są super.

Kontroluj się - żałuję, że w grudniu nie zrobiłam pomiarów wszystkiego, z czego się składam, mówię i o składzie ciała, i o wymiarach. Teraz byłoby łatwiej ocenić, co idzie dobrze, a co gorzej. Nie przewidując, że będę biegać dłużej niż do pamiętnych ferii na lodowcu, olałam sprawę. Została mi kontrola wagi i BMI, które jak mówią nie jest najwymierniejszym wskaźnikiem ever, ale jak się jest laikiem, początkującym i absolutnym amatorem, naprawdę wystarcza.

Kontroluj żarcie - staram się, choć nie jestem sekciarsko zacięta. Z diety prawie całkiem wyleciało mięso, którego i tak było mało, białe pieczywo, tłusty nabiał, biały cukier. Został każdy inny biały nabiał , ciemny cukier, mnóstwo zielska, owoców i warzyw, dużo wody, tuńczyk, jajka. Łapię się na różnych dziwnych żywieniowych orgazmach, np. przy pełnoziarnistym makaronie z pokruszonym twarogiem z orzechami - wydawało mi się, że nigdy nie jadłam nic tak dobrego. Fruwałam w niebiosach po bananie zmiksowanym z kefirem i otrębami;), aż Brzydal zapragnął zjeść to samo, choć normalnie by tego nie tknął. Lecę też na masło orzechowe, marchewkę, pomarańcze i brokuły. Na chłodniki na jogurcie i kalarepę. A jak mam ochotę iść z Brzydalem na gofry, to idziemy na gofry i pożeramy je bez wyrzutów sumienia, za to mrucząc z zadowoleniem i oblizując paluchy. Podoba mi się.

Nie przeginaj - prawda. W moim przypadku bieganie to przede wszystkim terapia głowy, więc ewentualne przegięcie grozi wyłączeniem np. na 3 dni (czyli dwa treningi z głowy). Od razu wtedy mam wściek, nie wiem co zrobić z energią i fuczę na wszystkich. Czyli staram się nie biegać np. 3 dni z rzędu, bo wiem, że później dwa dni nie wyjdę.

Rób coś jeszcze - to ważna rada, do której za rzadko się stosuję, niestety. Wiem, że powinnam zaglądać na siłownię albo regularnie chodzić na basen, ale póki co jedyna dodatkowa aktywność, jaką próbuję wdrożyć regularnie, to rolki (do 15 km) i arcydługie miejskie marsze z Brzydalem.

Organizm się przyzwyczaja - hmmm, z tym mam kłopot, bo chyba nie mój. Odnoszę wrażenie, że mój nadal stawia opór. Najczęściej biegam niespełna 6-kilometrową pętlę i nie czuję, żeby przychodziło mi to z coraz większą łatwością, mimo że robię na niej coraz lepsze czasy. Ale wierzę, że to w końcu przyjdzie samo i będę biegać dyszki w tak oczywisty sposób, jak teraz te szóstki.

Ucz się - patrzę z zazdrością na wszystkich, którzy biegają szybciej, dalej i zgrabniej ode mnie, a są to - nie oszukujmy się - prawie wszyscy, których spotykam na moich ścieżkach w okolicy. Często biegają w różnych maratońskich koszulkach, co w ogóle sprawia, że wodzę za nimi tęsknym wzrokiem i wzdycham nad swoją nieporadnością. I na nich wszystkich patrzę z szacunkiem, bo widać, że to, co ja przechodzę od sześciu miesięcy, oni pewnie mają od lat. To znaczy, że od lat oszukują swoje ciała albo głowy, wychodzą na śnieg albo na upał i robią treningi. Podziw i szacun. Ja z efektów mam 318 kilometrów i 10 kilo na minusie. To tyle, co 50 kostek masła, czyli absolutny kosmos.

Czas zwlec odwłok z łóżka, zacząć ten weekend, zrobić zakupy, kupić pół bagażnika zieleniny i iść na rolki. Trzymajcie kciuki, żeby kolejne pół roku było podobnie intensywne:).

Zł.