wtorek, 12 lipca 2016

Bałkany 2016. Serbia + BiH. Belgrad

Zanim dojeżdżamy do Belgradu, z okien widzę znajomą wielką kulę. Muzeum Lotnictwa! Skręcaj! Tu skręcaj! Jest od razu obok lotniska. Gdyby nie to, że wtedy zjechaliśmy, pewnie nie wrócilibyśmy tam już z miasta, bo to kawał drogi. W muzeum jesteśmy prawie sami. Facet w kasie nie chce gadać po angielsku, tylko po serbsku, bo jesteśmy Słowianami, i jak każde będzie mówiło po swojemu, to i tak się zrozumiemy. I to naprawdę działa. Sprzedam wam jeden bilet - mówi. - Bo jesteście z Polski, jesteście tacy jak my. Gdybyście byli z Ameryki, sprzedałbym wam cztery. I faktycznie wchodzimy na jeden bilet. Z daleka muzeum wygląda super, z bliska wiadomo już, że lata świetności obiekt ma za sobą, i to tak ze 30 lat temu. Mimo to jaramy się, jak zawsze gdy widzimy coś, co wcześniej oglądaliśmy w internecie i nie mogliśmy się doczekać, aż tam będziemy. A później już prosto do miasta, bo miasto jak zwykle nas woła i ciągnie.

W Belgradzie cudowni gospodarze w świetnym pensjonacie Miss Depolo. Pozwolili nam tylko rzucić walizki w pokoju (dla naszej wygody czteroosobowym zamiast dwójki), zadekowali nas na tarasie na dachu, napoili mocną kawą, rozłożyli przed nosem mapę i pokazali, gdzie koniecznie musimy iść. Z numerami tramwajów i autobusów włącznie. No, a tutaj macie kartę miejską, po co będziecie kupować. Tylko koniecznie idźcie do mauzoleum Tito! Pójdziemy. I do Świętego Sawy. Pójdziemy. A widzieliście, co zostało po nalotach NATO? Widzieliśmy, trudno nie zauważyć.
Dziki upał. Oddech wielkiego miasta wyjątkowo gorący. Obcy ludzie zaczepiają nas i pytają: gdzie idziecie? jak wam pomóc? zaprowadzić was? na pewno wszystko w porządku? Przypadkiem wpadamy na Pałac Prezydencki. Mocno zdziwieni, że to takie proste. Na pewno wszystko w porządku? - ktoś pyta znów.
Tak, wszystko w porządku. Po kilkunastu kilometrach spaceru czujemy już to miasto, w którym centrum ciągnie się wszędzie, w każdą stronę. Skadarlija, artystyczna uliczka, rozbrzmiewa muzyką i śpiewem: to facet na balkonie w bloku obok na mikrofon na kablu i wyśpiewuje serbskie hity. Jemy fantastycznego burka na środku ruchliwej ulicy wyluzowani jak na jakimś deptaku. Zwiedzamy Muzeum Historii Jugosławii. Wozimy się trolejbusami. Nie odpoczywamy, bo szkoda nam czasu, na mapie jeszcze tyle miejsc.

Nasza gospodyni pyta o szczegóły dalszej podróży. Część bośniacką w ogóle pomijamy. Przy nazwie "Nowy Pazar" robi wielkie oczy. Nie jedźcie tam - mówi. - Miałam ostatnio gości z Turcji, którzy byli w Nowym Pazarze. Powiedzieli, że tam jest gorzej niż w Syrii. Nie jedźcie tam.
Zmieniamy plany. Nowy Pazar zamieniamy na Sjenicę.













Brak komentarzy: