piątek, 15 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Mokra Gora

Nasz nowy przyjaciel Boban ze Sjenicy powiedział, że musimy jechać do Zlatiboru, bo tam są najlepsze lepinje sa kajmakom. Posłuchaliśmy. Lepinja jest wielką, okrągłą, płaską bułą, którą się rozkrawuje, do środka ładuje się kajmak - nieprzyzwoicie tłusty biały ser i zapieka w piecyku. Część sera rozpuszcza się jak masło, część zostaje chłodna, a bułka staje się w środku gorąca, a z zewnątrz chrupka. Czyli można umrzeć z radości. Faktycznie, w Zlatiborze są najlepsze lepinje sa kajmakom...
Na targu testujemy miejscowe sery. Młody, półmłody, stary, kozi, krowi, krowio-kozi, kajmaki... Umieramy ze szczęścia znów. Kupujemy też wódkę i dżem z poziomek. Aaaaa....

Mokra Gora to był obowiązkowy punkt programu, bo Kusturica, bo "Życie jest cudem", bo wąskotorówka! Zapowiadają 13 stopni. I deszcz. I burze, ściślej mówiąc.
Łapie nas na dworcu. Ociekając wodą wpadamy do wagonu. Zatrzymujemy się na kilku stacjach, w tym na Golubici, na którą czekałam najbardziej niecierpliwie. Jak na złość, jesteśmy tam może 3 minuty. Pociąg już prawie odjeżdża beze mnie. Bardzo wzruszona. Łapię za klamkę, zaglądam przez okna, dotykam tego rozwalającego się niebieskiego cabrio. Nie wierzę, że tu jestem i że już muszę stamtąd iść.

Później Drvengrad. Kustendorf. Miasteczko Kusturicy, też trochę w deszczu. Niestety nie stać nas na nocleg w jednym z cudownych, malowniczych domków. Na szczęście stać nas na kawę i ciastko w tamtejszej kawiarni i na kilka płyt ze sklepiku z pamiątkami. Bierzemy "Underground" po serbsku i pięknie wydany "Czas cyganów" - rock operę, DVD z książką. Przypadkowe spotkanie z Kusturicą - do wspominania do końca życia.

Śpimy w apartmanie Matogi, który okazał się osobnym domem, całym dla nas. Przemiła starsza pani nakazała nam pić ziołową herbatkę i używać czego tylko chcemy. Z dumą poakzuje nam nagrodę z bookingu - punktacja 9,5! Czy to możliwe, że pani sama sobie dba o booking...? Późną kolację jemy na dworcu, a później w deszczu spacerujemy po torach. Spadam co chwilę, bo ślisko i po piwie. Widać z dołu moje wymarzone Golubici. Poszłabym tam jeszcze, nawet na piechotę, ale nie ma już na to czasu, nie ma też pogody, ciemność zaległa i nie ma też pewności, że da się tam dojść w cywilizowany sposób z buta (pamiętamy, by uważać na niedźwiedzie i na pola minowe).

Sen w gigantycznym, dębowym łóżku pod prawdziwą pierzyną przynosi wspaniały odpoczynek. Obok na stoliczku na robionej przez babcię serwetce błyszczą się porcelanowe zwierzaki. Deszcz wali o okna, zalewa mnie fala szczęścia i trochę smuteczku przy tej ostatniej nocy w Serbii. Z tym deszczem i z tą wielką przygodą z Kusturicą idzie coś nowego, niespodziewanego, jeszcze obcego i wymarzonego. Rano deszcz ustaje. Jedziemy do Bośni.


















Brak komentarzy: