czwartek, 14 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Sjenica. Kanion Uvac

Długa droga ze Smedereva na wschodzie do Sjenicy na zachodzie. Bośnia w budowie. Kilometrami ciągną się remonty, a drogi i tak lepsze niż w Polsce. A więc Sjenica. Miał być Nowy Pazar, ale po ostrzeżeniach Mai z Belgradu ("Tam jest gorzej niż w Syrii") wybór padł na trochę mniej "zachuszczoną" Sjenicę. Blisko Kanionu Uvac, który bardzo chcieliśmy zobaczyć i co do którego mieliśmy wielką nadzieję, że uda się nam do niego dojechać.
Próba dojazdu nie skończyła się niestety sukcesem, mimo że mieliśmy do pokonania tylko 6 kilometrów. 6 kilometrów bardzo ostrą ścieżką, oczywiście w górę, zapyloną i zakamienioną na amen. Jechaliśmy ten fragment nieskończenie długo, by na koniec nie znaleźć kanionu. Zjechaliśmy na dół rozdrażnieni i rozczarowani. Nie ma kanionu. Samochód cały w rudym pyle.

Hotel Lane miał dwa wejścia. Skierowaliśmy się do jednego z nich, zmęczeni i rozczochrani. Otworzyły się rozsuwane drzwi i... gdyby był konkurs na najgłupszą minę świata, wygrałabym wszystkie trzy pierwsze miejsca. Naszym oczom ukazała się wielka sala i chyba z dwustu Muzułmanów. Śpiewy jak w meczecie. Patrzymy na nich zbaraniali. Nogi jak zabetonowane. Z drugiej strony czterysta zbaraniałych muzułmańskich oczu. Nie jestem w stanie się ruszyć. Nie wiem, ile to trwa. W końcu jeden z nich podchodzi do nas i mówi, że do hotelu musimy wejść drugim wejściem. Zbieramy szczęki. Wychodzimy.

Trafiliśmy na stypę. A jako że umarł ktoś ważny, to przyszli wszyscy. NA STYPĘ.

Chłopak z recepcji powiedział, że zorganizuje nam lokalnego "rangera", który zawiezie nas na kanion. Po 40 minutach naszym oczom ukazuje się nie jakiś lokalny podejrzany typ, którego się obawialiśmy, a licencjonowany przewodnik Boban, który jest gotowy swoim prawie terenowym passatem zawieźć nas gdziekolwiek chcemy. Boban mówi tylko po serbsku i rosyjsku, ale dogadujemy się naszym sprawdzonym miksem polsko-czesko-rosyjskim, podtrzymywanym przez rozmówki polsko-serbskie i ogólnoświatowy język gestów. Jedziemy na górę. Boban w ogóle nie przejmuje się drogą, kamieniami, dziurami i samochodem, zupełnie odwrotnie do nas.

Kanion Uvac to absolutne mistrzostwo świata. To jedno z najpiękniejszych, najbardziej zadziwiających miejsc, które widzieliśmy nie tylko na Bałkanach. Trudno porównać go do czegokolwiek innego. To prawdziwy gigant, który zachwyca i przytłacza swoim ogromem i... spokojem. Nikogo tam nie było poza nami, a na wodzie - nic poza jednym stateczkiem, który z góry wyglądał jak pudełko zapałek. Nad głowami majestatycznie szybowały sępy płowe, które miały po prawie 3 metry rozpiętości skrzydeł. Z daleka wyglądały jak małe samoloty.

Zachwyciły mnie te sępy. Pod nogami znalazłam wielkie czarne pióro. Boban! Sup! Sup! - podekscytowana pochwaliłam się rangerowi. Wziął pióro do ręki, spojrzał ze znawstwem i bez emocji rzekł: niet. Eta wrana... - i odrzucił moje pióro jako bezwartościowe. Mógł chociaż poudawać, że to mój wielki sup!

W dolinie pod hotelem oprócz zapłaty dajemy Bobanowi także butelkę żołądkowej - kilka wieźliśmy ze sobą dla tych, którzy nas rozwalą swoją serdecznością. Później wieczorem przypadkiem wpadamy na siebie i najpierw witamy, a później żegnamy się z czułością. Dobrze w takim miejscu jak Sjenica mieć kogoś zaufanego, nawet gdy jest się tam tylko kilka godzin. Miasto niestety nie budzi zaufania. Mnóstwo brudnych dzieciaków na ulicy, chuściaste kobiety porozkładane na trawnikach, dziwny językowy miks, którego nie potrafimy zrozumieć. Zbliżamy się do Bośni i czujemy absolutną przepaść między zachodnią i wschodnią Serbią.

Rano docierają do nas informacje o zamachu w Nicei. Za oknem wielki meczet. Gdy wszystko jest dobrze, to myślę, że muezin śpiewa. Gdy świat się kończy, jeżę się cała i myślę wtedy, że muezin się wydziera. Nie miałam wcześniej takich obaw i takich wątpliwości.













Brak komentarzy: