niedziela, 17 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Srebrenica

Po co jechać do Bośni, jak nie ma się w planach Srebrenicy? Sto razy zadawałam sobie to pytanie przed wyjazdem, a jeszcze częściej już na miejscu. To tak jakby z końca świata przyjechać do Polski i być w Krakowie, ale nie jechać do Oświęcimia.
Wiedziałam, że musimy jechać do Srebrenicy. Po tych wszystkich tekstach, książkach, artykułach i filmach. Że powinniśmy tam zacząć naszą przygodę z Bośnią, żeby lepiej zrozumieć ten kraj i tych ludzi, których spotkamy przez najbliższy tydzień.
Dłużyła się ta droga. Niby nie jest bardzo daleko z Sarajewa, a jednak trzy godziny drogi w szarościach, mgłach i mżawkach robiły wrażenie niekończącej się podróży. Im bliżej, tym ciężej. Im bliższe wioski, tym bardziej wyludnione. A może to tylko upiorna sugestia.
Cmentarz robi piorunujące wrażenie. Z jednej strony przypomina amerykański cmentarz wojskowy - wszystko zgadza się co do milimetra, każdy rząd nagrobków jest idealnie prosty i niestety nie ma końca. Z drugiej - jest w tym niezwykła intymność. Spośród ponad 8300 mężczyzn i chłopców pochowanych zostało dopiero ok. 6500. Pozostali są wciąż poszukiwani lub identyfikowani. W tym roku 11 lipca, w 21. rocznicę masakry, pochowano kolejne ofiary - 127 osób.
Chodzimy w ciszy zadbanymi alejkami. Poza nami tylko paru turystów, ale też kilka Muzułmanek. Dla nich odwiedzanie grobów to nie tylko wspominanie zmarłych, lecz też oswajanie własnej śmierci. Od samego wejścia jestem zabetonowana z trwogi. Skromność nagrobków połączona z ogromem tego terenu sprawia, że nie umiem nic powiedzieć. Trochę jak na pustyni - gdzie nie spojrzysz, tam jeden i ten sam widok. Czytam imiona i nazwy miejscowości. Czytam nazwiska - często po kilka grobów obok siebie z tym samym nazwiskiem. Ojciec, syn, dziadek. Ojciec, syn dziadek. Śnieżnobiałe groby i ostrzeżenie, modlitwa, prośba, by Srebrenica już nigdy nikomu i nigdzie się nie wydarzyła.
Po drugiej stronie ulicy - wielka, pusta hala. Na ścianach zdjęcia zbrodniarzy wojennych. Winny. Skazany. Zdjęcia przedmiotów znalezionych w masowych grobach. Zegarki. Grzebienie. Zdjęcia rodzinne. Potłuczone okulary. Poskręcane oprawki. Zdjęcia. Dokumenty. Małe szklane boksy, a w nich osobiste drobiazgi ze zdjęciem właściciela i historie, kto widział ich ostatni raz. Jak to wszystko było. Mała sala kinowa. W środku na ławkach kilkadziesiąt kobiet w chustach. Po kilku minutach wszyscy płaczą. Po kolejnych dziesięciu minutach - wychodzimy. Nie dajemy rady patrzeć na to dłużej.
Wracamy - wbrew pozorom - lżejsi. Teraz będzie już tylko łatwiej. Jak bardzo się myliłam, pokazała pierwsza godzina w Sarajewie...















Brak komentarzy: