sobota, 9 lipca 2016

Bałkany 2016. SRB + BiH. Subotica

Na węgierskich autostradach najwięcej jest mercedesów. W każdym z nich pięciu Turków. Jadą na wakacje w rodzinne strony. Śniade dzieci i zachuszczone kobiety opanowały wszystkie stacje benzynowe i punkty obsługi podróżnych. Na stołach i na kocach rozkładają ogromne ilości jedzenia i robią sobie taki mały, prywatny, przenośny ramadan. Niby wszystko w porządku i spokojnie, a jednak dziwnie być jedyną białą parą na gigantycznym, zapchanym do granic parkingu, a jesteśmy przecież w środku Europy. Mercedesy i audi. Wszystkie, co do jednego, z naklejką D. W środku ani jednego Niemca.

Na granicy HU-SRB w maleńkiej miejscowości Baćki Vinohradi jesteśmy praktycznie sami, mimo że jest sobota, środek dnia, a na granicy w Roszke wielki korek. Widok taki jak w wiadomościach kilka miesięcy temu: szeroki, piaszczysty pas ziemi, z dwóch stron zagrodzony wysokim płotem, wzbogaconym pokręconym drutem kolczastym. Kryzys migracyjny mocno dał się tam we znaki. Tuż obok wysoka i szeroka na kilka metrów sterta zużytego już drutu kolczastego, skołtunionego i powiązanego tak, że nikt go już nigdy nie użyje. Wygląda to tak monstrualne kłębowisko rdzawej włóczki. Dawałoby to nadzieję, że już po wszystkim, skoro zadali sobie trud i pozwijali to wszystko w te absurdalne kłęby. Ale ale, obok starannie poukładane na swoją kolej czekają pozwijane błyszczące bele nowego drutu kolczastego.

Znudzony celnik o nic nie pyta i w ogóle na nas nie patrzy. Żaden inny na żadnej kolejnej granicy też się nami nie zainteresuje. Ani żaden policjant. Ani nawet ochroniarz.

Pierwszy przystanek: Subotica.
Villa Stefanija i ekstremalnie atrakcyjny pan, który nas kwateruje. Od razu zaczynamy gadać, tak że zastanawiamy się, czy w ogóle wyjdziemy na miasto, czy wystarczy, że zostaniemy w tej kanciapie i będziemy z nim rozmawiać o wszystkim.
Jesteście z Polski, macie naprawdę super - mówi z zazdrością. - Wszędzie możecie pojechać i ludzie wszędzie się cieszą, że przyjeżdżacie. Ja tak nie mam. Nie mogę nawet spokojnie jechać do sąsiednich krajów. Wiesz, ostatnie 100 lat to trudna historia. Ale za to byłem w Polsce. Dwa lata grałem w koszykówkę w Zgorzelcu.

Po obejrzeniu miasta i bardzo długim spacerze padamy na pyski, żeby rano w ogrodzie w wysokiej trawie zjeść bardzo serbskie śniadanie: kilka rodzajów burków, biały jogurt i kawa. Jest pięknie. Świeże ciasto kruszy się na trawę i jest pięknie.












Brak komentarzy: