wtorek, 18 października 2016

o czym nie było mowy

Gdy teraz z perspektywy dzisiaj patrzę na ostatnie tygodnie, to nawet trochę żałuję, że nie potrafiłam zmusić się do pisania.

Nie został tu żaden ślad po miesięcznym napadzie kosmicznego doła, którego po części mogę zrzucić na leki, które zszokowały moją głowę.

Nie został ślad po moim szalonym rekordzie - 131 kilometrów przebiegniętych we wrześniu.

Ani o 17 kilometrach cięgiem.

Nie został nawet odcisk palca po lawinie ekscytacji połączonej ze strachem w związku z zupełną fanaberią, czyli poszukiwaniem i kupowaniem nowego sprzętu snowboardowego.

Nie została nawet jedna zasmarkana chusteczka po ostatniej weekendowej imprezie, którą robiłam w pracy i która była pasmem katastrof, tragedii i masakr, i to w takim stężeniu, że aż nie wierzę, że tyle mogło się spierdolić w zaledwie niecałą godzinę.

Ani śladu po tym, jak w pewien ciepły wieczór sama wypiłam litr różowego wina z plastikowej butelki i byłam najszczęśliwsza na świecie, przysięgam.

Nic o tym, jak po pijaku planowałam naszą fotograficzną sesję ślubną.

Ani słowa o tym, jak leżałam sztywno na kanapie, patrząc się w punkt, który nie istniał i czułam, że już nigdy nie dam rady wstać i wyjść gdziekolwiek. Że nie dam rady nawet umyć zębów ani sięgnąć po kubek.

Nawet pół zdania o dwudniowej histerii, jak wykreślili mnie z bazy dawców komórek macierzystych. Dożywotnio.

Nic o tym, że od dwóch tygodni pieczemy w domu swój chleb.

Nic o proteście kobiet na katowickim rynku.

Nic o moich zapewnieniach, że już nigdy nie pójdę do teatru.

Cisza o tym, jak rozwaliłam prawy błotnik, a dostałam lewy.

Nawet linijki o tym, jak w 5 dni zrobiłam korektę prawie 400-stronicowej książki.

Nic o kryzysie finansowym, w który się wpędziłam feriami, ubezpieczeniem, deską i wiązaniami i nic o zwoływanym niemal codziennie posiedzeniu Komisji Budżetowej, którego jestem sama sobie przewodniczącą.

Ani słowa o tym, jak pewnego ranka nadmuchałam się do mojej pełnej wysokości i powiedziałam pewnej starej rumpli, co o niej myślę.

Jak potrójną dawkę tabletek nasennych popijałam wódką.

Jak po telefonach najlepszego przyjaciela czułam się wyłącznie gorzej.

Jak mój tata wygrał druzgocącą naszą rodzinę sprawę sądową z Państwem Polskim.

Jak Brzydal to wszystko zniósł, co rano głaszcząc mnie po głowie i zapewniając, że mnie kocha i że wszystko będzie dobrze.

Jak teraz faktycznie wygląda to tak, jakby już miało być dobrze.

Brak komentarzy: