czwartek, 24 listopada 2016

Nie żyje Abid Jasar

Trudno myśleć o Abidzie w kategoriach przemijania. Sprawiał wrażenie, jakby był zawsze i na zawsze miał zostać. W Sarajewie, w Ilidży, tuż przy Tunelu, którego był współtwórcą.

Poznaliśmy się w lipcu tego roku. Spędziliśmy razem godzinę, może półtorej. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy się znali zawsze i jakbyśmy się mieli znać już zawsze. Spotkanie z nim sprawiło, że absolutnie obowiązkowym punktem programu przyszłorocznych wakacji było "wrócić do Sarajewa i spędzić 3 dni z Abidem". Jeździć razem, chodzić razem, pić rakiję i rozmawiać o tym, co kiedyś, teraz i później.

Pamiętam, jak tłumaczył nam, dlaczego trzeba fuck all the politics i jak kiedyś przez przypadek uczył tej życiowej prawdy amerykańskich polityków. Dlaczego trzeba szanować każdego człowieka, bez względu na wiarę. Jak mówił, że bycie muzułmaninem w ogóle nie przeszkadza mu w codziennym rakija time. Mówił też, że audi to audi, a skoda to szkoda. Że jak się jest kierowcą, to nie można pić, a jak się jest zawodowym kierowcą, to można. Że w oblężeniu zginęło ponad 120 osób z jego rodziny. Że dyplom, który dostał od jakiejś fundacji za pracę przy tunelu, może spalić czy potargać, bo nie ma dla niego żadnej wartości. Że nikt z rządu ani z wojska nigdy mu za nic nie podziękował. Że w Bośni nie może być dobrze, dopóki prezydent Republiki Serbskiej w Bośni mówi w mediach, że nienawidzi Bośniaków. Że w Bośni dalej siedzą polscy żołnierze i że wszystkim misjom zawsze chodzi tylko o kasę.

 

A tutaj to, co napisaliśmy w lipcu:

Tunel. To, co najważniejsze w tunelu, znajduje się poza nim. Stojąc na wprost wejścia trzeba iść kilka metrów prawo, by znaleźć sklepik z pamiątkami prowadzony przez jednego z budowniczych tunelu. Abid Jasar jest wielkim bohaterem, który zagaduje turystów i opowiada prawdziwą historię swojego życia i tunelu, który budował z kolegami podczas oblężenia. Spotkanie z Abidem, tak jak spotkanie z Farisem, było dla nas najważniejszym doświadczeniem z Bośni. I to dla nich dwóch będziemy musieli tam wrócić, by spędzić z nimi więcej czasu, by się nie spieszyć, by z nimi zwiedzić miasto i słuchać ich historii, które dla nich są absolutnie codzienne i prozaiczne, a dla nas są świadectwem wiary, pracy, człowieczeństwa, odwagi i nieugiętej woli przetrwania w mieście i kraju tak potwornie dotkniętym przez historię.
 
Bardzo za Tobą tęsknimy, Abid. W lipcu przyjedziemy do Sarajewa, zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło, mimo że nasze Sarajewo i nasza Bośnia zmieniła się bezpowrotnie.

piątek, 18 listopada 2016

Złośnica na TBC

Nasz wymarzony i wyczekany wyjazd na ferie już za mniej niż 2 miesiące. W związku z tym, a także z coraz mniej sprzyjającą pogodą, doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że jednak samo bieganie to za mało. Że coś tam uruchomiło w moim ciele, ale że to jakiś maleńki procent i jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast szaleć na nowym snowboardzie na trzech tysiącach metrów, będę obolała leżeć jak kłoda i nawet kołdra będzie mnie boleć. Trzeba się uruchomić - wmawiałam sobie od 1 listopada i kilka dni temu, w połowie miesiąca, spakowałam plecaczek i pierwszy raz w życiu udałam się na zajęcia fitnessowe.

Kosztowało mnie to bardzo wiele, bo musiałam pokonać milion swoich lęków i wrodzonych niechęci: do zamkniętych pomieszczeń wypełnionych obcymi ludźmi, do eksplorowania nowych miejsc samej, do miniaturowych wspólnych szatni, kiczowatej muzyki i wreszcie samych zajęć, których fenomenu nigdy nie potrafiłam zakumać. Ale dobrze. Plecak spakowany. Idę. Zajęcia akurat były z TBC. Idealnie.

Tłum okazał się zaledwie czteroosobowy. Instruktorka całkiem przyjemna. Muzyki prawie nie słyszałam, tak intensywnie myślałam, co ze sobą robić. Po 30 minutach zastanawiałam się, czy to w ogóle jest do przejścia, po 45 minutach części ćwiczeń nie byłam w stanie wykonać, a po pełnej godzinie dotarło do mnie, że po roku biegania moja ruchomość i sprawność przypomina powaloną przez wiatr starą wierzbę.

Rzecz działa się trzy dni temu, a echa wizyty w fitness clubie są nadal wyraźnie: bolą mnie wszystkie mięśnie, o których wiem i o których nie wiedziałam. Z jednej strony to straszny cyrk, bo wszystko zajmuje mi trzy razy więcej czasu i wydaję różne straszne dźwięki, a z drugiej - jestem zachwycona, że udało się uruchomić mnie tak jak chciałam. Brzydal oczywiście drze ze mnie łacha, że po co się tak męczyć, ale za to nadal chętnie spożywa posiłki regeneracyjne. Muszę tam wrócić. Góra wzywa mnie coraz głośniej.

poniedziałek, 14 listopada 2016

moja książka

Dzisiaj wyszła książka, nad którą jako korektor i edytor pracowałam przez kilka miesięcy. Jest piękna i cudownie leży w rękach. Tylko nie mam odwagi zajrzeć do środka. Zrobiłam cztery korekty zamiast trzech, a mimo to mam panikę, że coś przepuściłam i że zawiodę szanownego Autora, którego bardzo lubię.
Cieszę się, że mogłam nad tym pracować. Zawsze bardziej chciałam poprawiać autorów, niż sama być autorem. Co teraz? Ma ktoś może jakąś książkę do korekty?

Odbiłam się też już po ostatniej gigantycznej klęsce w robocie. Teraz robiąc mniejsze wydarzenie czułam się jakbym sama robiła rozdanie Oscarów. Dobrze poszło. Gdyby nie poszło, zastanawiałam się już, do którego pudełka zmieszczą się moje rzeczy.

niedziela, 13 listopada 2016

Bronisław Wrocławski w Dąbrowie Górniczej

Bilety na monodram Wrocławskiego kupiliśmy w sierpniu. Połowa listopada wydawała się tak odległa, jakby nigdy nie mała nadejść. Czekamy na "Seks, prochy i rock'n'roll".

Nadeszła. Ze śniegiem. Ja z infekcją. Trzy dni nie byłam w pracy. Teoretycznie, bo w sumie dwa z nich byłam. Bardzo zła w domu i obrażona na szefa, który jak zwykle w takiej sytuacji lokuje się gdzieś w pozycji między ojcem a mężem i z całą stanowczością żąda ode mnie siedzenia w domu. Myśli mam mordercze.

Obawiałam się trochę tego Wrocławskiego. Wychowałam się na jego trzech monodramach Bogosiana i nie mam wątpliwości, że moja wieloletnia, obsesyjna miłość do teatru ma wiele wspólnego z tym, że jako gówniara oglądałam na scenie Wrocławskiego właśnie. A obawiałam się, bo mniej więcej z tym samym czasie na scenie rozwalał mnie Peszek, a gdy przyszło mi zderzyć się z tym samym monodramem po latach, już nie byłam w stanie się do niego przekonać.

Z Wrocławskim tak nie było. Wrocławski jest gigantyczny i lata, które minęły od naszych pierwszych scenicznych zderzeń, nic nie zmieniły. Jest przewielki. Jest mistrzem świata. Wciągnął nas, pożarł i rozwalił. Genialny wieczór. Do zapamiętania: awaria klimatyzacji i Wrocławski w samym fartuchu, przekonujący Brzydala, jak mu jest ciepło przy grillu...

Po koncercie Kazika z Proformą w Chorzowie wiem, że żeby spełniać marzenia, czasami trzeba tylko wstać i podejść. W padającym śniegu, szczękając zębami, czekaliśmy na mistrza świata, żeby poprosić o wspólne zdjęcie i uścisk dłoni. Po chwili już siedzieliśmy u niego w garderobie, umierając ze szczęścia. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść. To miejsce mi sprzyja. Kiedyś już tam wtargnęłam pewnemu artyście do garderoby, co jak wielu z Was wie, zmieniło moje życie i wywaliło je do góry dnem jakieś tysiąc razy. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść.

piątek, 11 listopada 2016

początek sezonu snowboardowego

Siedzenie w domu z awarią zatok źle robi w głowie. Czasami trzeba zrobić coś niemądrego, żeby wystawić łeb z czarnej dziury.
Puścili dziś wyciąg na Białym Krzyżu. Brzydal spakował mój sprzęt, wsadził mnie do samochodu i nakazał testowanie nowej deski. Kupił mi karnet za dyszkę i puścił z górki, a sam robił zdjęcia i szamał grillowane oscypki.
Przez 30 minut zapomniałam o wszystkim. O WSZYSTKIM. Niby śmiałam się, że Biały Krzyż, najważniejszy polski lodowiec The White Cross Gretscher, jak zwykle jest pierwszy, ale z drugiej strony byłam głęboko wdzięczna za ten 300-metrowy ośnieżony pas, na którym mimo osłabienia i dudnienia w głowie mogłam się przez kilka chwil pobawić.
Na szczęście na nowym sprzęcie stanęłam i pojechałam, a nie stanęłam i wyrżnęłam. Moje nowe zabawki to Burton Feelgood Flying V 149, Lexa i Emeraldy. Zestaw jest lekki i twardy. Wierzę, że do pełnego oswojenia. Pierwsze 5 zjazdów dobrze rokuje. Tak oto zaczął się sezon. Wcześnie jak nigdy. Brzydal Miszcz Świata w spełnianiu marzeń.

sobota, 5 listopada 2016

22 km

Moje wyniki przez 2 miesiące leczenia zmieniły się minimalnie. Jest o jakiś drobiazg lepiej, ale odległość od normy nadal wydaje mi się kosmiczna. Cały wściek wrócił. Lekarka dodatkowo uświadomiła mi, że dalej może być ze mną nie najłatwiej i że to w sumie nie jest moja wina. O tym jak to działa przekonał się już kolejnego ranka mój zupełnie niewinny kumpel. Został bez powodu rozszarpany i zjedzony. To byłam ja czy już nie ja?

Sobotni ranek polegał na leżeniu i smuceniu, a później na zmuszaniu się, żeby wstać i chociaż umyć zęby. Ostatkiem dobrej woli postanowiłam wyjść pobiegać i zrobić jakieś marne 5 km, żeby do końca świata nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia. Wyszłam zgarbiona i ze wzrokiem bez-kija-nie-podchodź.

Wróciłam po 3 godzinach. Byłam na Środuli, Zagórzu, Klimontowie, Dańdówce, Ludwiku, Ostrogórskiej, całej Naftowej, w centrum, całej Sobieskiego, kilka kroków w Katowicach na Morawie, na Stawikach, pod Stadionem Ludowym, na Piastów, na Mireckiego, w Parku Sieleckim i na Górce Środulskiej. 22 kilometry.

Fajnie, cieszę się, że udało mi się dociągnąć do półmaratonu zanim minie rok mojego biegania. Po co mi to było, nie wiem. Skąd tyle siły, nie wiem. Czy i kiedy uda mi się to powtórzyć, pieron wie. Na pewno tego nie zaplanuję. Najgorsze, że humor wcale nie poprawił mi się tak bardzo jak powinien. 22 kilometry. Kawał drogi. Nis czuję w nogach, ale widzę na mapie.

piątek, 4 listopada 2016

KULT w Spodku - Pomarańczowa Trasa




Tak to wyglądało z naszej perspektywy.
Brzydal i Złośnica