sobota, 5 listopada 2016

22 km

Moje wyniki przez 2 miesiące leczenia zmieniły się minimalnie. Jest o jakiś drobiazg lepiej, ale odległość od normy nadal wydaje mi się kosmiczna. Cały wściek wrócił. Lekarka dodatkowo uświadomiła mi, że dalej może być ze mną nie najłatwiej i że to w sumie nie jest moja wina. O tym jak to działa przekonał się już kolejnego ranka mój zupełnie niewinny kumpel. Został bez powodu rozszarpany i zjedzony. To byłam ja czy już nie ja?

Sobotni ranek polegał na leżeniu i smuceniu, a później na zmuszaniu się, żeby wstać i chociaż umyć zęby. Ostatkiem dobrej woli postanowiłam wyjść pobiegać i zrobić jakieś marne 5 km, żeby do końca świata nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia. Wyszłam zgarbiona i ze wzrokiem bez-kija-nie-podchodź.

Wróciłam po 3 godzinach. Byłam na Środuli, Zagórzu, Klimontowie, Dańdówce, Ludwiku, Ostrogórskiej, całej Naftowej, w centrum, całej Sobieskiego, kilka kroków w Katowicach na Morawie, na Stawikach, pod Stadionem Ludowym, na Piastów, na Mireckiego, w Parku Sieleckim i na Górce Środulskiej. 22 kilometry.

Fajnie, cieszę się, że udało mi się dociągnąć do półmaratonu zanim minie rok mojego biegania. Po co mi to było, nie wiem. Skąd tyle siły, nie wiem. Czy i kiedy uda mi się to powtórzyć, pieron wie. Na pewno tego nie zaplanuję. Najgorsze, że humor wcale nie poprawił mi się tak bardzo jak powinien. 22 kilometry. Kawał drogi. Nis czuję w nogach, ale widzę na mapie.

Brak komentarzy: