niedziela, 13 listopada 2016

Bronisław Wrocławski w Dąbrowie Górniczej

Bilety na monodram Wrocławskiego kupiliśmy w sierpniu. Połowa listopada wydawała się tak odległa, jakby nigdy nie mała nadejść. Czekamy na "Seks, prochy i rock'n'roll".

Nadeszła. Ze śniegiem. Ja z infekcją. Trzy dni nie byłam w pracy. Teoretycznie, bo w sumie dwa z nich byłam. Bardzo zła w domu i obrażona na szefa, który jak zwykle w takiej sytuacji lokuje się gdzieś w pozycji między ojcem a mężem i z całą stanowczością żąda ode mnie siedzenia w domu. Myśli mam mordercze.

Obawiałam się trochę tego Wrocławskiego. Wychowałam się na jego trzech monodramach Bogosiana i nie mam wątpliwości, że moja wieloletnia, obsesyjna miłość do teatru ma wiele wspólnego z tym, że jako gówniara oglądałam na scenie Wrocławskiego właśnie. A obawiałam się, bo mniej więcej z tym samym czasie na scenie rozwalał mnie Peszek, a gdy przyszło mi zderzyć się z tym samym monodramem po latach, już nie byłam w stanie się do niego przekonać.

Z Wrocławskim tak nie było. Wrocławski jest gigantyczny i lata, które minęły od naszych pierwszych scenicznych zderzeń, nic nie zmieniły. Jest przewielki. Jest mistrzem świata. Wciągnął nas, pożarł i rozwalił. Genialny wieczór. Do zapamiętania: awaria klimatyzacji i Wrocławski w samym fartuchu, przekonujący Brzydala, jak mu jest ciepło przy grillu...

Po koncercie Kazika z Proformą w Chorzowie wiem, że żeby spełniać marzenia, czasami trzeba tylko wstać i podejść. W padającym śniegu, szczękając zębami, czekaliśmy na mistrza świata, żeby poprosić o wspólne zdjęcie i uścisk dłoni. Po chwili już siedzieliśmy u niego w garderobie, umierając ze szczęścia. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść. To miejsce mi sprzyja. Kiedyś już tam wtargnęłam pewnemu artyście do garderoby, co jak wielu z Was wie, zmieniło moje życie i wywaliło je do góry dnem jakieś tysiąc razy. Bo czasami trzeba tylko wstać i podejść.

Brak komentarzy: