piątek, 18 listopada 2016

Złośnica na TBC

Nasz wymarzony i wyczekany wyjazd na ferie już za mniej niż 2 miesiące. W związku z tym, a także z coraz mniej sprzyjającą pogodą, doznałam olśnienia jak święty Paweł w drodze do Damaszku, że jednak samo bieganie to za mało. Że coś tam uruchomiło w moim ciele, ale że to jakiś maleńki procent i jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast szaleć na nowym snowboardzie na trzech tysiącach metrów, będę obolała leżeć jak kłoda i nawet kołdra będzie mnie boleć. Trzeba się uruchomić - wmawiałam sobie od 1 listopada i kilka dni temu, w połowie miesiąca, spakowałam plecaczek i pierwszy raz w życiu udałam się na zajęcia fitnessowe.

Kosztowało mnie to bardzo wiele, bo musiałam pokonać milion swoich lęków i wrodzonych niechęci: do zamkniętych pomieszczeń wypełnionych obcymi ludźmi, do eksplorowania nowych miejsc samej, do miniaturowych wspólnych szatni, kiczowatej muzyki i wreszcie samych zajęć, których fenomenu nigdy nie potrafiłam zakumać. Ale dobrze. Plecak spakowany. Idę. Zajęcia akurat były z TBC. Idealnie.

Tłum okazał się zaledwie czteroosobowy. Instruktorka całkiem przyjemna. Muzyki prawie nie słyszałam, tak intensywnie myślałam, co ze sobą robić. Po 30 minutach zastanawiałam się, czy to w ogóle jest do przejścia, po 45 minutach części ćwiczeń nie byłam w stanie wykonać, a po pełnej godzinie dotarło do mnie, że po roku biegania moja ruchomość i sprawność przypomina powaloną przez wiatr starą wierzbę.

Rzecz działa się trzy dni temu, a echa wizyty w fitness clubie są nadal wyraźnie: bolą mnie wszystkie mięśnie, o których wiem i o których nie wiedziałam. Z jednej strony to straszny cyrk, bo wszystko zajmuje mi trzy razy więcej czasu i wydaję różne straszne dźwięki, a z drugiej - jestem zachwycona, że udało się uruchomić mnie tak jak chciałam. Brzydal oczywiście drze ze mnie łacha, że po co się tak męczyć, ale za to nadal chętnie spożywa posiłki regeneracyjne. Muszę tam wrócić. Góra wzywa mnie coraz głośniej.

Brak komentarzy: