sobota, 1 kwietnia 2017

TomTom

No dobrze, skoro już jesteśmy przy przełomowych zakupach, to poza dżinsami w ludzkim rozmiarze (a nie w rozmiarze pokrowca na cepelin) kupiłam jeszcze coś, na co miałam długi czas ochotę i czego przez wiele miesięcy sobie odmawiałam (i nie chodzi o marcepan).
Jako że wróciłam do biegania i drugi raz niespodziewanie przebiegłam dystans półmaratonu (trochę przypadkiem, bo tego nie planowałam), zdecydowałam się na zegarek, który będzie za mną nadążał. Po kilkudniowym procesie gmerania w sieci, czytania opinii i oglądania zdjęć zdecydowałam się na TomTom Spark Music+Cardio. Wygląda zupełnie niepozornie, a pod skorupą kryje wszystko to, czego potrzebuję, a nawet więcej: czułego GPS-a, miejsce na 3 GB muzyki, bezprzewodowe słuchawki, krokomierz, pulsometr z nadgarstka, pomiar dziennej aktywności i kontrolę dziennych i tygodniowych celów (kalorii, kroków, odległości, czasu), świetną aplikację, intuicyjną obsługę i dużo radości...
Za mną kilka treningów biegowych, kardio i siłowych. Moje maleństwo elegancko się sprawuje i nie robi niespodzianek (wprawdzie na pierwszym bieganiu jakość połączenia słuchawek z zegarkiem pozostawiała sporo do życzenia, ale po 2 km trzeszczenie ustało i raczej nie wraca - ktoś ma jakiś pomysł?).
Kontrola tempa dała mi takiego kopa, że 10 km przebiegłam 4,5 minuty szybciej niż jesienią. Warto:).
zł.

piątek, 10 marca 2017

40

Czy wspominałam może, że pierwszy raz w życiu kupiłam dżinsy w rozmiarze 40? Czwarty rozmiar w dół. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę nosić slimy...
zł.

czwartek, 9 marca 2017

opowiadania

Trochę się pozmieniało. Od dwóch miesięcy jestem szczęśliwym pracownikiem Innej Firmy. Inna Firma sama mnie chciała i wciągnęła. Inna Firma dała mi zadanie bardzo po linii mojego wykształcenia, ale za to w branży kompletnie po innej linii. Odległej i obcej, na której można łatwo wywinąć orła. Nie przeszkadzało mi to w poważnej renegocjacji stawek i w strojeniu poważnych min. Na razie się trzymam i mam z tego wiele radości. Próbuję nie doprowadzić do kolizji Pracy Numer 1 z Inną Firmą, choć co chwilę mijają się jak dwa rozpędzone pendolino. Chociaż w moim przypadku raczej jak zatłoczone azjatyckie rozklekotane składy, na których ludzie wiszą jak lemury i zawsze odchodzi się z cudzą walizką. A już najbardziej widzę tu takie pociągi jak w "Życie jest cudem" - z orkiestrą dętą, z wąsatymi facetami w kapeluszach, lejącą się z butelek wprost do gardeł rakiją, strzelaniem w powietrze i dymkiem z samorobotnych piecyków, na których pieką się cevapi. Tak to widzę.

Jednym z najdziwniejszych elementów niedawnej przeszłości był pewien koncert, który na pewno warto tu zapisać, żeby kiedyś przypomnieć sobie ten konglomerat dziwadeł. Byliśmy z Brzydalem w Rialcie na wspomnieniowym koncercie, który był hołdem dla niedawno zmarłego człowieka, związanego z regionalną sceną muzyczną. Obracaliśmy się w tych samych kręgach, ale znaliśmy się ledwo ledwo. Tylko raz siedzieliśmy przy wspólnym stole. Ten człowiek opowiadał wtedy, jak jego nieżyjąca od lat babcia nie pozwalała mu sprzedać mieszkania i jak on rozmawiał z babcią na ten temat, jak ją przekonywał i co robił, aby babcia się z zaświatów zgodziła i aby mieszkanie można było sprzedać. Brzydal siedział oniemiały i patrzył na rozsypane niedbale z woreczka runy na drewnianych krążkach. Słuchał o okadzaniu kątów szałwią czy innym zielem, a oczy robiły mu się coraz większe i większe. Głaskałam go pod stołem po kolanie, żeby go uspokoić i żeby mieć pewność, że czegoś nie wypali. A ten uśmiechnięty olbrzym po drugiej stronie stołu wierzył we wszystko co mówił. Unikat.
No i teraz po jego śmierci zebraliśmy się wszyscy na widowni. Było kilka zespołów, które znaliśmy, ale też kilka zupełnie dla nas znikąd. I mimo że smutno było jak diabli, to dawno się tak nie uśmiałam. Wyszedł pewien zespół, który składał się z dwóch wielkich włochatych muzyków, brodatych, zasępionych i przygarbionych. Jeden z nich grał na długim drewnianym drągu, a drugi na aktówce akwizytora, która działała jak akordeon. W połowie pierwszego utworu, nieprzytomnie długiego i nieznośnego, zorientowaliśmy się, że jeden z włochatych to jednak włochata. Brzydal obok mnie powiedział, że tramwaj hamujący na mokrych torach pod wiaduktem milszy jest dla jego uszu niż to, co płynęło ze sceny, a ja nie umiałam nie przyznać mu racji. Uparcie twierdził też, że to wszystko moja wina, i też nie umiałam zaprzeczyć. Chichotałam w szalik i bałam się, że ktoś mnie wywali za drzwi. Po pierwszym kawałku grająca pani powiedziała, że czas na drugi utwór, który będzie znacznie dłuższy od pierwszego. Brzydal prychnął i parsknął, trochę tak jak Adam Michnik, który na filmie na youtube uwalnia demona.
Przez ostatnie 16 lat byliśmy na niezliczonych koncertach, ale ten krótki występ w Rialcie był najpotworniejszy ze wszystkich. Przed końcem chcieliśmy się zmyć, bo padaliśmy na pyski, poza tym wspomnienie tego jednego zespołu zakłócało nam odbiór innych - byliśmy wstrząśnięci. Wychodzenie cichaczem w ogóle się nie udało. Tego dnia po dwumiesięcznej przerwie poszłam pobiegać i pyknęłam od razu 11 km. Wszystko super, tylko wieczorem nie zginały mi się kolana i schodząc po schodach wyglądałam jak rycerz, któremu się zbroja nie zgina. Poza tym rżałam ze śmiechu, a z oczu płynęły mi łzy, zabierając ze sobą cały misterny wieczorowy makijaż. I tak oto zobaczyli mnie ludzie w hallu: na sztywnych nogach, niemogącą zejść, śmiejącą się z tych dwóch włochaczy i płaczącą ze śmiechu jak czubek. Do zapamiętania.

Jak już napisałam, wracam do biegania. Na razie popołudniami nadal jest ciemno, ale w soboty do południa biegam te poczciwe jedenastki. Jak rasowy korposzczur wyrobiłam multisporta i regularnie chodzę na zajęcia cardio i wzmacniające. Chciałabym się nie rozczarować tym, co robię czwarty miesiąc, gdy wrócę do biegania co drugi dzień.

Poza tym próbujemy nauczyć się żyć bez Babci. Bywa bardzo różnie. Dziś byłam u niej w pokoju, coraz bardziej pustym. Rodzice oddają ubrania, pościel. Zabrałam stamtąd sznur wściekle zielonych korali, które kupiłam Babci w jej kochanym Lwowie, na jarmarku świątecznym pod teatrem. Cieszyła się nimi i długo pamiętała, skąd je ma. Chciałabym jeszcze w tym roku pojechać do Lwowa z Mamą, chociaż im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem przekonana, że jesteśmy na to gotowe.

Jak zaczynałam tę nową pracę, powtarzałam sobie w głowie to, co zawsze powtarzała mi babcia: ty nie jesteś byle kto, tylko moja wnuczka. To już prawie trzy miesiące, ale to wszystko w ogóle nie blednie. Wystarczy hasło i od razu wszystko wraca. Jak w tym tekście ze studiów, co do teraz nie wiem, czyj on do diabła jest.



Opowiadanie I, pt. „Rozpad”: Rozpadłem się.
         Opowiadanie II, pt. „Pamięć”: Przypomniałem sobie.
         Opowiadanie III, pt. „Powrót”: Wróciłem.
         I tak dalej.
         Opowiadania są krótkie, ale treściwe. Nie trzeba wertować. Zdanie ostatnie zawarte jest w zdaniu pierwszym. Duża oszczędność czasu. Kogo obchodzi reszta. Te wszystkie kartki pomiędzy. Każdy ma swoje. Opisy, spisy, zapiski. Dawno przeczytane.
         A że rozpadłem się? Przypomniałem sobie? Wracałem? Któż tego nie zna! Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca.
         Przypomina się. Rozpada.
         Komu nic to nie mówi, ten i tak nie pojmie. Choćby nie wiem jak wertował. Te wszystkie kartki pomiędzy. Nie pojmie, co to znaczy. Rozpadać się, przypominać sobie, wracać. I tak dalej.


środa, 1 lutego 2017

16 lat

 Pół życia razem. Cudnie!

sobota, 28 stycznia 2017

Dr Misio w Bielsku-Białej

Nie do końca było pewne, że dotrzemy na ten koncert. O 20 mieliśmy być w Bielsku, a o 19.30 Brzydal jeszcze kończył jeść kanapkę w domu. Wiarygodne źródła poinformowały nas jednak, że zdążymy. Jedziemy. Minus 12 za oknem, a w głowach coraz cieplej na samą myśl o tym, jak bardzo lubimy to, co ma się wydarzyć. Godzina w drodze.
Zdążyliśmy. Z pierwszymi dźwiękami "Metra" wydałam z siebie głośny pisk i nic nie zostało z zapewnień, że przecież nie mam już 16 lat, tylko dwa razy tyle, i że wyrosłam. Pieprzenie. Nie wyrosłam. Z każdym koncertem utwierdzam się w przekonaniu, że dopiero dorastam.
Za nami cudowny, głośny, rockowy wieczór, nowe kawałki z trzeciej płyty, darcie mordy, przepychanie się do barierek i oczywiście - i co najważniejsze - pogo w tłumie na wpół rozebranych roztańczonych facetów:). Za nami dedykacja - nasz ulubiony "Powstaniec" idealny na naszą 16 rocznicę, która już za kilka dni. Oficjalna informacja, że to dla nas zespół opóźnił koncert. Uścisk dłoni, taniec, śpiew i energia, którą uwielbiam każdą komórką mojego ciała. Za nami dancingowe tańce do "Pudelka" i oczywiste fochy na insynuacje, że nawet ładne dziewczyny chcą tylko wyjść za mąż.
Lubimy ten klub, gdzie zespół jest na wyciągnięcie ręki, akustyka nienaganna, a ludzie wiedzą po co przychodzą. W naszym nudnym mieście taką funkcję przez chwilę pełnił 2Doors, gdzie przeżyłam fenomenalne 30 urodziny z Doktorem Misiem, ale niestety 2Doors padł. W Bielsku RudeBoy najwyraźniej ma się dobrze i mamy nadzieję, że nadal tak będzie. Dziś Misio gra w Wiatraku w Zabrzu. Także tam byliśmy na ich koncercie, ale mimo całej kultowości tego miejsca to bielski klub bierze pierwsze miejsce. Za bliskość, za kontakt, za skrócenie dystansu do minimum. Choć tak do końca nie mam pewności, że nie wylądujemy dziś też w Zabrzu...
Czekam na nowy album "Zmartwychwstaniemy". Marzę o nowym albumie i nie mogę się doczekać. Tytułowy kawałek, "Mordor", "Hejter", "Pismo", "Państwo" i "Ochroniarz" wróżą piękną rzecz o ważnych, aktualnych sprawach. Spójną i zaczepną, szorstką i męską. Wpadającą w ucho i siedzącą w głowie.
Czasami wydaje mi się, że żyję.


Próbuję się doliczyć tych koncertów... Pasja w Dąbrowie, teatr w Kato, dwa razy Rudeboy w Bielsku, 2Doors w Sosnowcu, Wiatrak w Zabrzu, Szuflada w Chorzowie... Chcę jeszcze.

niedziela, 15 stycznia 2017

Kitzsteinhorn 2017

Co to jest Kitzsteinhorn? Wolność. Przestrzeń. Piękno. Respekt. Radość. Prędkość. Miłość. Zmęczenie. Granice. Ból. Mróz. Biel. Biel tak wszechobecna, że można stracić orientację. W którą stronę właściwie jadę? Gdzie zaczyna się niebo?
To 3203 monumentalne metry skał, śniegu i  lodu.
To 164 kilometry przejechane w 6 dni.
To pierwszy raz w życiu przekroczone 70 km/h. 70 NA GODZINĘ NA WŁASNYCH NOGACH.
To poranny pośpiech i nadchmurna niewiadoma.
To wspólne plany, wspólne cele i wspólna realizacja.
To radość i wolność tak wielkie, że nie do ogarnięcia.
To cząsteczki adrenaliny wielkości arbuzów.
To wiara w siebie i zaufanie sobie.
To widoki tak oszałamiające, że nie można oderwać wzroku.
To strach przed naturą. Przed odstrzeloną lawiną, nagłym załamaniem pogody, puchem sięgającym połowy uda.
To wyłączanie bezpieczników i kontrola nad każdym włókienkiem każdego mięśnia.
To łzawiące oczy i piekące nogi.
To sztywniejące z zimna rękawiczki i zamarzająca wprost na twarzy kominiarka.
To jedyne w swoim rodzaju uczucie rozdziewiczania porannego sztruksu, który czeka tylko na nas.
To samotność na pustkowiu i sto wyborów.
To świadomość, że szkoda czasu, żeby zrobić sobie chociaż 10 minut przerwy.
To tęsknota ostatniego zjazdu.
To koszmar i trwoga w miejscu pamięci ofiar wielkiej katastrofy w Kaprun. Myślę o nich codziennie.
To pyszne jedzenie i leżenie jak foki, spacery ze sznapsem, kabanosy i kulki Mozarta.
To najlepsze, co można robić.
To czas, który niesie sens, ukojenie i spokój.
To zestaw myśli i emocji, który układa w głowie, nadaje dystansu, wyostrza to co ważne i kasuje to co zbędne.
To dni, na które absolutnie warto czekać cały rok. Czekam znów. 11 i pół miesiąca. Pojedziemy znów. Musimy. Góra wzywa.