czwartek, 9 marca 2017

opowiadania

Trochę się pozmieniało. Od dwóch miesięcy jestem szczęśliwym pracownikiem Innej Firmy. Inna Firma sama mnie chciała i wciągnęła. Inna Firma dała mi zadanie bardzo po linii mojego wykształcenia, ale za to w branży kompletnie po innej linii. Odległej i obcej, na której można łatwo wywinąć orła. Nie przeszkadzało mi to w poważnej renegocjacji stawek i w strojeniu poważnych min. Na razie się trzymam i mam z tego wiele radości. Próbuję nie doprowadzić do kolizji Pracy Numer 1 z Inną Firmą, choć co chwilę mijają się jak dwa rozpędzone pendolino. Chociaż w moim przypadku raczej jak zatłoczone azjatyckie rozklekotane składy, na których ludzie wiszą jak lemury i zawsze odchodzi się z cudzą walizką. A już najbardziej widzę tu takie pociągi jak w "Życie jest cudem" - z orkiestrą dętą, z wąsatymi facetami w kapeluszach, lejącą się z butelek wprost do gardeł rakiją, strzelaniem w powietrze i dymkiem z samorobotnych piecyków, na których pieką się cevapi. Tak to widzę.

Jednym z najdziwniejszych elementów niedawnej przeszłości był pewien koncert, który na pewno warto tu zapisać, żeby kiedyś przypomnieć sobie ten konglomerat dziwadeł. Byliśmy z Brzydalem w Rialcie na wspomnieniowym koncercie, który był hołdem dla niedawno zmarłego człowieka, związanego z regionalną sceną muzyczną. Obracaliśmy się w tych samych kręgach, ale znaliśmy się ledwo ledwo. Tylko raz siedzieliśmy przy wspólnym stole. Ten człowiek opowiadał wtedy, jak jego nieżyjąca od lat babcia nie pozwalała mu sprzedać mieszkania i jak on rozmawiał z babcią na ten temat, jak ją przekonywał i co robił, aby babcia się z zaświatów zgodziła i aby mieszkanie można było sprzedać. Brzydal siedział oniemiały i patrzył na rozsypane niedbale z woreczka runy na drewnianych krążkach. Słuchał o okadzaniu kątów szałwią czy innym zielem, a oczy robiły mu się coraz większe i większe. Głaskałam go pod stołem po kolanie, żeby go uspokoić i żeby mieć pewność, że czegoś nie wypali. A ten uśmiechnięty olbrzym po drugiej stronie stołu wierzył we wszystko co mówił. Unikat.
No i teraz po jego śmierci zebraliśmy się wszyscy na widowni. Było kilka zespołów, które znaliśmy, ale też kilka zupełnie dla nas znikąd. I mimo że smutno było jak diabli, to dawno się tak nie uśmiałam. Wyszedł pewien zespół, który składał się z dwóch wielkich włochatych muzyków, brodatych, zasępionych i przygarbionych. Jeden z nich grał na długim drewnianym drągu, a drugi na aktówce akwizytora, która działała jak akordeon. W połowie pierwszego utworu, nieprzytomnie długiego i nieznośnego, zorientowaliśmy się, że jeden z włochatych to jednak włochata. Brzydal obok mnie powiedział, że tramwaj hamujący na mokrych torach pod wiaduktem milszy jest dla jego uszu niż to, co płynęło ze sceny, a ja nie umiałam nie przyznać mu racji. Uparcie twierdził też, że to wszystko moja wina, i też nie umiałam zaprzeczyć. Chichotałam w szalik i bałam się, że ktoś mnie wywali za drzwi. Po pierwszym kawałku grająca pani powiedziała, że czas na drugi utwór, który będzie znacznie dłuższy od pierwszego. Brzydal prychnął i parsknął, trochę tak jak Adam Michnik, który na filmie na youtube uwalnia demona.
Przez ostatnie 16 lat byliśmy na niezliczonych koncertach, ale ten krótki występ w Rialcie był najpotworniejszy ze wszystkich. Przed końcem chcieliśmy się zmyć, bo padaliśmy na pyski, poza tym wspomnienie tego jednego zespołu zakłócało nam odbiór innych - byliśmy wstrząśnięci. Wychodzenie cichaczem w ogóle się nie udało. Tego dnia po dwumiesięcznej przerwie poszłam pobiegać i pyknęłam od razu 11 km. Wszystko super, tylko wieczorem nie zginały mi się kolana i schodząc po schodach wyglądałam jak rycerz, któremu się zbroja nie zgina. Poza tym rżałam ze śmiechu, a z oczu płynęły mi łzy, zabierając ze sobą cały misterny wieczorowy makijaż. I tak oto zobaczyli mnie ludzie w hallu: na sztywnych nogach, niemogącą zejść, śmiejącą się z tych dwóch włochaczy i płaczącą ze śmiechu jak czubek. Do zapamiętania.

Jak już napisałam, wracam do biegania. Na razie popołudniami nadal jest ciemno, ale w soboty do południa biegam te poczciwe jedenastki. Jak rasowy korposzczur wyrobiłam multisporta i regularnie chodzę na zajęcia cardio i wzmacniające. Chciałabym się nie rozczarować tym, co robię czwarty miesiąc, gdy wrócę do biegania co drugi dzień.

Poza tym próbujemy nauczyć się żyć bez Babci. Bywa bardzo różnie. Dziś byłam u niej w pokoju, coraz bardziej pustym. Rodzice oddają ubrania, pościel. Zabrałam stamtąd sznur wściekle zielonych korali, które kupiłam Babci w jej kochanym Lwowie, na jarmarku świątecznym pod teatrem. Cieszyła się nimi i długo pamiętała, skąd je ma. Chciałabym jeszcze w tym roku pojechać do Lwowa z Mamą, chociaż im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem przekonana, że jesteśmy na to gotowe.

Jak zaczynałam tę nową pracę, powtarzałam sobie w głowie to, co zawsze powtarzała mi babcia: ty nie jesteś byle kto, tylko moja wnuczka. To już prawie trzy miesiące, ale to wszystko w ogóle nie blednie. Wystarczy hasło i od razu wszystko wraca. Jak w tym tekście ze studiów, co do teraz nie wiem, czyj on do diabła jest.



Opowiadanie I, pt. „Rozpad”: Rozpadłem się.
         Opowiadanie II, pt. „Pamięć”: Przypomniałem sobie.
         Opowiadanie III, pt. „Powrót”: Wróciłem.
         I tak dalej.
         Opowiadania są krótkie, ale treściwe. Nie trzeba wertować. Zdanie ostatnie zawarte jest w zdaniu pierwszym. Duża oszczędność czasu. Kogo obchodzi reszta. Te wszystkie kartki pomiędzy. Każdy ma swoje. Opisy, spisy, zapiski. Dawno przeczytane.
         A że rozpadłem się? Przypomniałem sobie? Wracałem? Któż tego nie zna! Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca.
         Przypomina się. Rozpada.
         Komu nic to nie mówi, ten i tak nie pojmie. Choćby nie wiem jak wertował. Te wszystkie kartki pomiędzy. Nie pojmie, co to znaczy. Rozpadać się, przypominać sobie, wracać. I tak dalej.


Brak komentarzy: